Magiczne wyspy Indonezji

DSC_0561x DSC_0692x DSC_0714x DSC_0777x DSC_1007x

     Do tego, że Indonezja jest niezwykła nie trzeba nikogo specjalnie przekonywać. Wystarczy tam pojechać … a potem już tylko marzyć żeby ciągle wracać. Kraj kilkunastu tysięcy wysp, gdzie z powodzeniem każda mogłaby stanowić osobne państwo. Mieszanka kultur, wierzeń i języków. Od Islamu do czarnej magii, od biedy do luksusu i od szczytów, poprzez tropikalne lasy aż po rajskie wyspy. Zabieram Cię na hipnotyczną wycieczkę po Indonezji. Wspólnie będziemy się wdrapywać na wulkany, zaklinać duchy, pływać z żółwiami i bujać w hamakach popijając świeże kokosy. Zobaczysz świat moimi oczami. Usiądź wygodnie w fotelu, zaparz ulubioną herbatę i wyłącz telefon. Gotowy do drogi? No to zaczynamy.

DSC_0843x

      Czujesz się bezpiecznie, jest Ci ciepło i przyjemnie a  Twoje powieki stają się ciężkie. Jeden, dwa, trzy… spójrz przez szybę.

DSC_0858x

      Jesteśmy w Ipoh i właśnie zamierzamy opuścić Malezję. Siedzimy w hali odlotów i patrzymy jak po pasie startowym kołują dwa samoloty. Jeden jest nasz, ten na Sumatrę. Pamiętasz, znaleźliśmy promocję, dzięki której lecimy do Indonezji za 22 RMG czyli jakieś 22 zł. Lotnisko jest małe, bo odlatują z niego tylko trzy samoloty dziennie, w dodatku wszystkie rano bo później przeważnie załamuje się pogoda. Lotnisko otoczone jest górami, dlatego warunki atmosferyczne bywają niestabilne. Powinniśmy wystartować kilka minut temu ale dopiero teraz załoga otwiera bramkę. Wchodzimy na rozgrzaną płytę lotniskową, jest upalnie, duszno i wilgotno. Temperatura przekracza 30 C a słońce niemal parzy. Musimy podejść do samolotu, jest malutki…. bardzo malutki. Stewardesa zaprasza na pokład nas i jeszcze trzech innych pasażerów. Wygląda na to, że lecimy w niepełnym składzie. A teraz wybierz miejsce, zapnij pasy i zrób sobie krótka drzemkę. Mogą być turbulencje ale nic się nie przejmuj to normalne w porze monsunowej. Będziemy lecieć 70 minut chociaż z uwagi na inną strefę czasową teoretycznie wylądujemy dziesięć minut po starcie. Poczęstuj się wodą i ciasteczkiem. Widzimy się niedługo.

DSC_0045x

   Cztery, pięć…. Jesteśmy w Medan. To największe miasto Sumatry. Chociaż właściwie nie powinnam Cię tutaj zabierać. Miasto jest wielkie, brudne i zatłoczone. Środkiem ulic płyną ścieki, wszędzie biegają karaluchy i szczury wielkości kotów… śmierdzi. Nic się nie bój, nie zostaniemy tu długo. Albo, najlepiej zapomnij, ze w ogóle tu byliśmy.

DSC_0668x

   Sześć, siedem, osiem…. Jedziemy dalej, do miejscowości Berastagi, gdzie będziemy zdobywać nasze pierwsze wulkany. Właściwie to już jesteśmy w lokalnym autobusie. Droga będzie długa i kręta, mam nadzieję, że nie masz choroby lokomocyjnej, bo musimy wjechać w góry a standardy dróg mocno odbiegają od tych europejskich. Będzie trzęsło i bujało, w autobusie będzie znaczny nadkomplet ludzi i bagaży. Kierowca będzie trąbił na wszystkich, ostro hamował i wyprzedzał na zakrętach o kilka centymetrów nad przepaścią. Będziemy jechać za szybko, nawet w tropikalnej ulewie. Będzie niewygodnie, ale nic się nie bój, dojedziemy cali i zdrowi. A przynajmniej taką mam nadzieję. Gwarantuję Ci jednak, że wrażenia będą niezapomniane.

DSC_0618x

    Dziewięć, dziesięć… Miasteczko jest położone na wysokości 1300 m n.p.m. dlatego powietrze jest rześkie i przyjemne. Wyśpij się porządnie bo jutro czeka nas całodniowa wycieczka na wulkan Sibayak. Miłych snów.

DSC_0621x

    Dziesięć, dziewięć…. Powoli się budzisz, ale tylko ze snu w śnie. Twoje ciało dalej śpi, jedynie Twój umysł staje się przytomny. Ubierz się spokojnie, jak będziesz gotowy to czekam na tarasie. Na stoliku zaparzyłam Ci kawę, prawdziwie indonezyjską. Później zabiorę cię na jedną z plantacji ale póki co spróbuj jaki ma delikatny smak i czekoladowy aromat. Nie musisz się spieszyć, mamy czas.

DSC_0660x DSC_0651x

     Możemy ruszać? Powinniśmy wyjść w miarę wcześnie bo po południu może się zmienić pogoda, poza tym nie znamy drogi a tutaj szybko robi się ciemno. Najpierw musimy przejść przez wioskę z tradycyjną zabudową, po obu stronach będziemy mijać małe poletka rożnych upraw. Świeże owoce i warzywa możesz tanio kupić w przydrożnych sklepikach albo zwyczajnie miło się uśmiechnąć do mijanych ludzi, z pewnością czymś Cię poczęstują. Po jakichś 40 minutach wchodzimy na teren parku, droga staje się węższa i bardziej kręta. Przez pierwsze 2 godziny otacza nas bujna tropikalna roślinność, na całym wzgórzu szybko osiada gęsta mgła. Czujesz pierwsze krople deszczu, chodź schowamy się pod tą rozłożystą palmą. Szerokie liście zastąpią nam parasol.  Nie przejmuj się będzie padało mocno ale najwyżej przez 15 minut, obiecuję że na górze znowu przywita nas słońce. Widzisz… mówiłam. Proszę, uważaj teraz na ścieżce, bo kamienie są śliskie a droga zaczyna się coraz mocniej wspinać. Wulkan jest wciąż aktywny a my wchodzimy w strefę poniżej krateru. Ostrzegam,  na skutek trzęsień ziemi dalej będziemy się musieli przeciskać pod poprzewracanymi konarami drzew. Uważaj na głowę i patrz pod nogi bo ścieżka jest bardzo zniszczona. Teraz przypatrz się dokładniej tym roślinom. Wiesz dlaczego są takie ciemne i zniszczone? Mniej więcej w tej chwili powinieneś poczuć charakterystyczny zapach zgniłych jajek. Tak to trujący dwutlenek siarki, pali wszystko. Jeszcze tylko 100m do góry i już będziemy w kraterze. Ładnie, prawda? Taki surowy, księżycowy krajobraz. Podejdźmy teraz do jeziorka, tam będzie ładny widok. Zobacz na kolory jakie tworzy natura, niczym w photoshopie szarość skał pięknie kontrastuje z błękitem wody i żółtymi plamami czystej siarki. Naciesz oczy, ale nie bądź tu za długo bo opary są trujące. Później zejdź powoli do wioski, będę tam czekała. Po drodze wykąp się jeszcze w gorących źródłach. Wieczorem zapraszam Cię na kolację.

DSC_0881x

     Mam nadzieję, że nie jesteś bardzo zmęczony. Przejdziemy się po lokalnych straganach i spróbujemy tradycyjnego jedzenia. O np. tutaj proponuję Ci bagso, czyli zupka z makaronem, warzywami i mięsnymi kuleczkami… ulubione danie Rafała. Ja wybieram świeżą rybkę z grilla i Sate Ayam, czyli szaszłyczki z kurczaka w sosie orzechowym. Pyszne, prawda? W dodatku nic nie kosztuje więcej niż dwa dolary. Do wyboru masz jeszcze smażony makaron z warzywami i mięsem a także ryż na czterdzieści-kilka sposobów. Skoro jednak nie jesteś już głodny, myślę że powinniśmy wracać i porządnie się wyspać. Jutro mamy w planie zobaczyć drugi z okolicznych wulkanów.

DSC_076x

     Gunung Sibanuk, znajduje się zaledwie kilka kilometrów od nas ale od czasu erupcji w lutym tego roku, cała strefa wokół wulkanu jest zamknięta i strzeżona przez wojsko. Wioski zostały ewakuowane, ponieważ z krateru regularnie wydobywają się chmury pyłu, odłamki skał i lawa. Nie mogę Cię tam zabrać ale mogę pokazać Ci cały stożek z sąsiedniej góry. Będziemy dostatecznie blisko, żeby wszystko zobaczyć i jednocześnie dostatecznie daleko, żeby czuć się bezpiecznie. Czuję, że nam się poszczęści i zobaczymy dzisiaj erupcję.

DSC_0720x

    Oszczędzę Ci kilkunastu godzin podróży autobusami i promami. Odpoczywaj dalej, obudzę Cię jak będziemy na miejscu, czyli na wyspie pośrodku największego jeziora wulkanicznego świata Toba. Zostaniemy tam na kilka dni, wypożyczymy motocykl, pojeździmy po wyspie podziwiając okoliczne zatoczki, wysokie klify i tradycyjne domy ludu Batak. Drewniane, bogato zdobione budynki w kształcie łodzi. Wracając kupimy po świeżym i obłędnie soczystym ananasie. Będziemy go jeść, leżąc w hamaku na naszym tarasie, patrząc na kilkusetmetrowy wodospad znajdujący się na sąsiednim, porośniętym soczystą zielenią wzgórzu. Upajaj się ciszą, już nie będę Ci przeszkadzać. Na koniec zabiorę Cię do Bukittinggi, gdzie wspólnie zwiedzimy dolinę Harau. Co tam jest? No cóż wyobraź sobie niemal fluorescencyjnie zielone pola ryżowe, otoczone potężnymi granitowymi klifami. Dziesiątki wodospadów, w których będziesz mógł się ochłodzić i wiele tras trekkingowych, dzięki którym będziesz mógł eksplorować dżunglę. Kto wie, może na którymś z nich uda nam się zobaczyć jeden z okazów największego na świecie kwiatu Raflezji. Ponoć jego rozmiary to nawet 80-100cm szerokości a waga dochodzi do 10kg. Ale raczej nie będziesz go chciał zabrać do domu, ze względu na zapach gnijącej padliny jaki wydziela. Potem na chwilę Cię zostawię, bo mam samolot do Jakarty na Jawie. Przepraszam, że Cię tam nie zabiorę, ale zapewniam że nie będziesz żałował, bo to po prostu olbrzymie miasto. Zapraszam Cię za to w ciekawsze miejsca.

DSC_0775x DSC_0742x DSC_0722 DSC_0721x DSC_0808x DSC_0845x DSC_0840x DSC_0795x DSC_0709x

    Gotowy na Yogyakartę? No to jedziemy. Pokażę Ci dwa miejsca, które na mnie zrobiły największe wrażenie. Rano pojedziemy na targ zwierząt i za nim zaczniesz protestować, chcę Ci uspokoić że ja też nie jestem zwolenniczką zabijania ani trzymania zwierząt w klatkach, ale trudno mi udawać, ze takie miejsca nie istnieją. Zobaczymy tam przekrój całej indonezyjskiej flory, od kotów, poprzez ropuchy, wiewiórki, żółwie, legwany aż po sowy i kilkumetrowe boa. Dowiesz się, że w medycynie ludowej z gekonów przygotowuje się „leki” na alergię a z nietoperzy na astmę. Zobaczysz również, że czarna magia, która oficjalnie w całej Indonezji jest zakazana i o której mówi się szeptem wbrew pozorom ma się całkiem dobrze. A targi jak te to przypuszczalnie jedno z miejsc, gdzie nieświadomie możesz stanąć twarzą w twarz z szamanem. Chodź dalej, zabieram Cię do centrum na zakupy. Wstąpimy  do jednego z niezliczonych batików, gdzie bardzo tanio możesz kupić tradycyjne, ręcznie robione pamiątki, lokalne kosmetyki, kawy, herbaty czy przyprawy. Daj się oczarować tym kolorom, strukturom i zapachom. Nie spiesz się. Widzimy się niedługo.

DSC_0898x DSC_0892x

   A teraz spokojnie, oddychaj głęboko. Jestem przy Tobie. Zapomniałam Cię uprzedzić co mamy w planach, jest ciemno i zimno a ty nie wiesz gdzie jesteśmy. Złap mnie za rękę i spójrz na lewo. Widzisz tą żółto-czerwoną poświatę na horyzoncie, to pierwsze promyki dziennego światła, nieśmiało próbują wzbić się na nieboskłon. Przez kilka minut podziwiaj pełną paletę barw żółci, pomarańczy i czerwieni. Spójrz jak świat nabiera kształtów i głębi. Teraz odwróć głowę na prawo. Widzisz dwa charakterystyczne trójkątne stożki i dymiący krater pomiędzy nimi? To właśnie Bromo, najpopularniejszy wulkan Indonezji. Podjedziemy teraz bliżej i wejdziemy na krater. Ten czarny, miałki piasek po którym stąpasz to wulkaniczny pył. Ślad nieustającej aktywności wulkanu. Chodź, podejdziemy wyżej i spojrzymy prosto w „paszczę lwa”. A teraz podaj rękę, podejdź bliżej i spójrz w dół. Niesamowite prawda. Gęste kłęby białego dymu wydobywające się wprost z ogromnej dziury w ziemi. Jak chcesz możesz przejść dookoła krateru, uważaj tylko bo ścieżka jest bardzo stroma i wąska. Z obu stron możesz spaść w przepaść. Ja tu zaczekam. Tylko oszczędzaj siły bo jutro czeka nas kolejny wulkan. Jak widzisz Bromo jest dosyć komercyjny ale nic się nie bój jutro pokażę Ci spokojniejsze miejsce.

DSC_0047x DSC_0049x DSC_0081x DSC_0108x DSC_0109x

    Ijen to jedno z moich ulubionych miejsc w Indonezji. Prawdopodobnie nazwa nic Ci nie mówi ale zapewniam, że na pewno o nim słyszałeś albo przynajmniej oglądałeś program na którymś z programów przyrodniczych. Zabieram Cię w legendarne miejsce, gdzie z wulkanu wydobywa się czystą siarkę. Zaczniemy od stromego podejścia pod ścianę krateru. Widzisz mężczyzn, którzy nas mijają. Spróbuj zgadnąć ile mogą ważyć kosze przez nich noszone? Dla ułatwienia możesz spróbować któryś z nich podnieść. Ciężkie, co? Prawie niemożliwe żeby to w ogóle ruszyć. Jesteś pod wrażeniem, no to podpowiem Ci, że to co oni noszą waży od 60 do 100 kg i w ciągu jednego dnia potrafią zrobić dwa takie kursy. Za każdy otrzymują równowartość niecałych dwudziestu złotych. Teraz spójrz na ich ramiona. Widzisz tego chłopaka, który odpoczywa na przydrożnym pniu. Jego barki są prawie czarne od ciągłych krwiaków i zasinień, ale mimo wszystko do każdego się uśmiecha. Idźmy dalej, teraz będziemy delikatnie trawersować zboczem . Rozejrzyj się dookoła, czy zauważyłeś że cała otaczająca nas roślinność umiera. Wszystko jest martwe i spalone. Czarne połacie suchej trawy, kikuty uschniętych drzew i brak śpiewu ptaków. To jest prawdziwa potęga wulkanu. Przed nami ostatnia prosta. Dosłownie za sekundę Twoim oczom ukaże się niemal nienaturalnie błękitne jezioro, kontrastujące z żółtą siarkową ziemią. Jeszcze nic nie widzisz? Musimy w takim razie poczekać  aż wiatr przewieje wielką siarkową chmurę. Masz ochotę zejść niżej, bliżej miejsca z którego wydobywa się ten kruszec? W takim razie nie traćmy czasu.  Zasłoń nos i usta koszulką, bo siarka bardzo drażni drogi oddechowe. Czujesz jak drapie w gardle i dusi. Pomyśl sobie teraz, że my często narzekamy na nasze prace. A ci panowie ryzykują swoje zdrowie i życie za tak niewielkie pieniądze. O spójrz jeszcze na tą postać co zasuwa z tym potwornym ciężarem w starych japonkach no i  na tamtego chłopaka na skale, o to jest definitywnie mój dzisiejszy bohater. Siedzi w ciężkich oparach siarki i beztrosko zaciąga się papierosem. Jest niezniszczalny. Co do nas, to myślę, że najwyższa pora już wracać. Moim oczom już wystarczy siarkowego powietrza. Co powiesz na Bali?

DSC_0195x DSC_0221x DSC_0251x DSC_0263x DSC_0267x DSC_0154x DSC_0273x

     Magiczna wyspa. Wyspa marzeń. Zapraszam do naszego bungalow w Ubud. Miejsca gdzie wszystko jest mistyczne, eteryczne, niezwykłe. My przyjechaliśmy tutaj na 2 dni, zostaliśmy 2 tygodnie. I prawdę powiedziawszy moglibyśmy zostać znacznie dłużej. Teoretycznie mieszkamy w ścisłym centrum miasteczka, praktycznie jest cicho i spokojnie. Wielkie okno sypialni wychodzi wprost na piękny egzotyczny ogród. Rosną kokosy, banany i świeże mango. Codziennie rano na tarasie czeka pyszna kawa i herbata. Oprócz tego talerz świeżych owoców, a także tosty lub naleśniki. Jest błogo, jest bosko. Na te kilka dni, które zamierzamy tu spędzić wypożyczymy motocykl. Będziesz miał okazję zobaczyć tarasy ryżowe , święte źródła i okoliczne świątynie. Na obiad pójdziemy do restauracji z widokiem wprost na ryżowe pola i ekologicznym jedzeniem. Potem na artystyczną kawę do najpopularniejszej w okolicy kawiarni. Zobaczysz, że nawet parzenie kawy może byś sztuką. A przed snem na niezwykle relaksujący balijski masaż. Jutro wybierzemy się do Monkey Forest Sanktuary, gdzie panoszą się bezczelne makaki. Zobaczysz także rytuał canang sari, który odbywa się trzy razy dziennie i służy zaklinaniu duchów. Religia dominująca na Bali to specyficzna odmiana hinduizmu. Protekcję i łaskę przychylnych duchów zyskuje się za pomocą codziennych rytuałów, modlitwy i drobnych podarunków w postaci kwiatów lub jedzenia. Zobacz jakie to piękne, w dodatku palące się wszędzie kadzidła sprawiają, że niemal cała wyspa pachnie kwiatowo i orientalnie. Jest cudownie, prawda?

DSC_0646x DSC_0630x DSC_0675x DSC_0695x DSC_0510x DSC_0542x DSC_0341x DSC_0308x DSC_0311x DSC_0313x DSC_0403x DSC_0346x

      Myślę, że powoli pora się obudzić. Ja muszę jednak  zostać na Bali kilka dni dłużej, żeby przedłużyć wizę. Zanim jednak wyjedziesz chciałabym zabrać Cię w jeszcze jedno miejsce. Kolejne z moich ulubionych. Z samego rana popłyniemy na Gili Air czyli jedną z wysepek archipelagu Gili. Wyspa jest malutka, możesz ją obejść w czasie jednej godziny. Otoczona rafą koralową i niebiesko-zielonymi wodami, w których bez problemu możesz zobaczyć tysiące gatunków ryb, żółwie, manty i rozgwiazdy. Gwarantuję, że jak raz zanurzysz głowę pod wodą to będziesz to robić godzinami. Jak mam Ci to opisać? Jak gdybyś pływał w gigantycznym akwarium. Po prostu spróbuj. Pokochasz! Wieczorem zabieram Cię na kolację. Zjemy kolorową Parrot Fish z grilla. To będzie prawdopodobnie jedna z najlepszych ryb jakie kiedykolwiek jadłeś. Delikatna, krucha i soczysta.  Potem pójdziemy na koncert akustyczny na plaży. Piosenkarz będzie seplenił, perkusista zgubi rytm a basista zaśnie w połowie. Ale i tak będziesz zachwycony. Musisz zrozumieć, że wyspa rządzi się swoimi prawami. Jest niczym Jamajka Azji. Albo jak zagubiona wyspa w serialu Lost. Zawieszona w czasie i przestrzeni. Bezstresowa, bezkonfliktowa, idealna. Wyspa gdzie nie ma policji a jednak czujesz się bezpiecznie. Miejsce gdzie w kranie jest słona woda, często brakuje prądu a mimo to ludzie są szczęśliwi. Gili Air to wyspa gdzie czas płynie na swój własny sposób, jakby wolniej i rozsądniej. Gdzie ludzie mają czas by delektować się życiem. Udowodnię Ci to. Połóż się w hamaku, przyniosę Ci drinka i przez kolejne kilka godzin będziemy patrzeć w niebo, najpierw na migoczące gwiazdy a chwilę później na hipnotyzujące i potężne, monsunowe błyskawice. Delikatnie kołysać nas będzie nieznaczny szum morza, sygnalizujący szalejący gdzieś sztorm. Życie to chwile. Momenty takie jak te, kiedy ze szczęścia aż chce nam się płakać. Migawki, wspomnienia, wrażenia. To co nas kreuje, tworzy i pozwala cieszyć się życiem. Nieważne gdzie będziemy jutro, ważne jest tylko tu i teraz. A tu i teraz odbywa jesteśmy szczęśliwi, prawda?

DSC_0697x DSC_0732x DSC_0712x DSC_0728x DSC_0764x DSC_0788x

       Dziesięć, dziewięć, osiem… Powoli czas się rozstać. Proponuję Ci jeszcze spacer po plaży. Piasek jest bardzo gorący, więc żeby się nie poparzyć musisz iść brzegiem morza. Chociaż jak wczoraj się dowiedziałam to woda ma 39 C więc też nie jest specjalnie orzeźwiająca. No cóż, uroki raju.

     Siedem, sześć…. Próbowałeś kiedyś kokosa? Ale takiego świeżego, młodego, prosto z palmy. Tak myślałam. Idealnie nawadnia  i jest bardzo orzeźwiający. Spróbuję Ci zdobyć jakiegoś. Tylko nie myśl, że w środku jest malibu lub mleko o smaku kokosowym jak w reklamie Bounty. W środku jest po prostu pełno wody, przeźroczystej i słodko-słonej w smaku. Mam nadzieję, że nie jesteś rozczarowany i że Ci posmakuje.

DSC_0907x DSC_0961x DSC_0952x DSC_0993x IMG_0231x

  Pięć, cztery… Jesteśmy na Speedboucie. Wracamy na Bali. Tyle że tym razem pojedziemy do Kuty, gdzie będziesz miał czas na kupienie kilku pamiątek. Ostanie popołudnie spędzimy na plaży obserwując ślizgających się po falach serwerów.

   Trzy… Jesteśmy na lotnisku w Denpasar. Tutaj nasze drogi ostatecznie się rozchodzą. Ty wracasz do rzeczywistości a ja lecę do Singapuru. Nie lubię pożegnań, więc na mnie już czas. Mam nadzieję, że Ci się podobało.

DSC_1030x

   Dwa, jeden….. DZIĘKUJĘ za uwagę i towarzystwo. Do usłyszenia :)

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Tajskie Sin City

DSC_0255x

      Zacznę od tego, że długo się zastanawiałam jak Wam przedstawić tą rajską Tajlandię. Czy opisywać jak to jest leżeć w cieniu palmy na rozgrzanym białym piasku, patrząc na błękit ciepłego morza i przy okazji popijając kokosowego drinka, czy może opisać jak jest naprawdę i co się za tym rajem kryje? Niech będzie, że wybieram opcję drugą, chociaż nie odmówię sobie dodania kilku pocztówkowych opisów.

DSC_0160x

     Południowo-wyspiarska część Tajlandii jest dla mnie swego rodzaju fenomenem na skalę azjatyckiej rzeczywistości. Otoczona przez islamską Malezję, konserwatywną Birmę i tradycyjne rejony kambodżańsko-laotańskie mocno odbiega od obowiązujących w nich standardów. W Tajlandii wszystko jest dozwolone, im dziwniej i bardziej ekscentrycznie tym lepiej a jedyną powszechnie uznawaną zasadą jest brak jakichkolwiek zasad.

DSC_0031x

   Dwutygodniową tajską przygodę rozpoczynamy w Bangkoku, czyli stolicy kraju a jednocześnie jednym z najpopularniejszych miast na kontynencie azjatyckim. Po długim tułaniu się kambodżańskimi bezdrożami, przekraczamy chaotyczną granicę, która bardziej przypomina wielki targ aniżeli jednostkę administracyjną. Po drugiej stronie witają nas proste jak stół, wielopasmowe autostrady a po kilu godzinach olbrzymi i zatłoczony Bangkok. Na dzień dobry lądujemy w samym sercu stolicy, czyli na słynnej ulicy Khao San. Miejsce niekończących się imprez, tłumu turystów ściągających tu z całego świata i setek straganów na których można kupić wszystko począwszy od pamiątek, poprzez prażone robactwo i tarantule na patyku, na fałszywych dokumentach kończąc. Przy stolikach ostentacyjnie ściskają się pary gejów, do klubów prowokacyjnie zapraszają Lady Boye a gdzieś pomiędzy tym na samotnego białego turystę czekają ściągające tu zewsząd dziwki. Khao San to mroczna strona Tajlandii i esencja wszystkich azjatyckich przywar. Miejsce, które po prostu należy zobaczyć.

DSC_0087x DSC_0057x

    Z Khao San odbiera nas nasza urocza rodaczka, obecnie mieszkająca i pracująca w Bangkoku. Iza na kilka dni użycza nam swojego mieszkania, stając się przy okazji naszym towarzyszem i lokalnym przewodnikiem.  Miło spędzamy cztery dni, chociaż miasto zwiedzamy bardzo pobieżnie. Odwiedzamy słynne Chinatown, które według nas zachowało więcej chińskiego klimatu i tradycji niż współczesne Chiny. Próbujemy straganowych potraw i niesłodkich słodyczy, podziwiamy tętniące życiem ulice, rozświetlone tysiącami neonów i oblepione milionami niezrozumiałych dla nas znaczków. Przez chwilę nasze życie toczy się leniwie od leżaka przy ogromnym basenie do wieczornych spotkań z międzynarodową śmietanką towarzyską naszego hosta. Ale wszystko co ma swój początek powinno też mieć i koniec, dlatego z lekkim sentymentem po raz kolejny pakujemy plecaki by wyruszyć w kierunku rajskich wysp. Opuszczamy miasto niewiarygodnie tanią taksówką, pod warunkiem rzecz jasna, że kierowca nie postanowi cię wykiwać, mężczyzn bardziej kobiecych i atrakcyjnych niż większość kobiet i Hong Tonga, czyli lokalnej Whisky, którą da się wypić pomimo, że Whisky przypomina jedynie z nazwy. Patrząc przez szyby samochodu próbujemy uchwycić te codzienne chwile miasta grzechu. Refleksja nachodzi nas w drodze na dworzec kolejowy, gdzie mamy się spotkać z parą znajomych poznanych w Gruzji. Bangkok jest tak ordynarny i bezpośredni, że zwyczajnie nie sposób aby dla kogokolwiek pozostał obojętny.

DSC_0106x DSC_0076x DSC_0072x DSC_0063x DSC_0036x DSC_0024x DSC_0124x

    Na dworcu czekają już na nas Jacek i Rebecca, czyli polsko-walijska para, która właśnie zaczyna swoją kilkumiesięczną wędrówkę po Azji. Przed nami wspólna kilkunastogodzinna podróż na wyspę Koh Samui, więc mamy dużo czasu na wzajemną wymianę wrażeń i uwag. Pierwsza z nich bez wątpienia dotyczy organizacji transportu w Tajlandii. Jak dla nas to jedno z najłatwiejszych miejsc do przemieszczania się, gdyż zarówno pomiędzy miastami jak i wyspami komunikacja działa bez zarzutu. Niemal w każdym miejscu można kupić łączone bilety na pociąg, autobus, prom i łódkę. Pozwala to zaoszczędzić sporo czasu, zachodu i kasy niż kupowanie ich oddzielnie.

DSC_0129x

    Po południu meldujemy się w naszym tymczasowym prywatnym bungalow na wyspie Samui. Bierzemy zimny prysznic i po chwili odpoczynku wychodzimy na rekonesans miasteczka. Mamy szczęście, bo w niedzielny wieczór jedna z głównych ulic zamienia się w tradycyjny tajski targ  z obfitością lokalnego jedzenia i unikalnych pamiątek. Jemy najtańsze i najlepsze w życiu sushi ze świeżymi owocami morza, słuchając koncertu jakiegoś lokalnego grajka. Na koniec kupujemy drinki w obwoźnym barze, ale spokojnie nie takie kolorowe z palemką tylko zwyczajne w plastikowym kubku; ja wybieram Białego Rosjanina, Rafał Long Island. Do późnej nocy leżymy na pobliskiej plaży. Powinnam napisać, ze słuchamy szumu fal i wdychamy morską bryzę, ale tak nie jest.  Morze jest tak spokojne, że nie słychać żadnych fal, w spokojnej tafli można za to z powodzeniem podziwiać odbicia gwiazd. Tylko rozświetlające niebo na zachodzie błyskawice co jakiś czas przypominają o obecnej porze monsunowej. Plaża jest długa, szeroka i pusta. Jedynie jakaś pobliska knajpka, oświetlona ustawionymi na plaży lampionami zapewnia nam nastrojową muzykę. Myślę, że moglibyśmy tu leżeć bez końca. Na sąsiedniej wyspie właśnie rozpoczyna się legendarne Full Moon Party, ale tą opcję odpuszczamy, nie widzimy potrzeby.

DSC_0146x DSC_0189x DSC_0148x DSC_0150x

    Kolejne dni mijają beztrosko na typowym leżakowaniu. Mamy nawet swoją osobistą palmę kokosową pod która codziennie odpoczywamy. Pławimy się w błękitnych wodach ciepłego morza i wygrzewamy na bielutkim piasku. Nieprawdopodobne ile kolorów i odcieni może pokazać woda w przeciągu kilku godzin. Dostrzegamy monsunowy rozkład opadów i podświadomie zaczynamy się do niego dostosowywać. Codziennie budzi nas palące słońce i czyste, błękitne niebo. Około godziny 11 nad centralną częścią wyspy zaczynają gromadzić się ciemno-granatowe chmury. Pierwsze krople deszczu pojawiają się pomiędzy 15 a 15.30 i przez kolejne 30-45 minut leje. Mniej więcej w tym czasie temperatura trochę spada i robi się przyjemnie rześko. Jakąś godzinę później ponownie wychodzi słońce. Pogoda jest przewidywalna, więc szybko łapiemy jej rytm. Czasem jeszcze pada w nocy ale to wszystko, więcej niespodzianek nie ma.

DSC_0193x

    Codziennie w okolicach południa, kiedy niebo zasłaniają pierwsze chmurki, dając trochę wytchnienia kupujemy po świeżym kokosie i idziemy na długi spacer po plaży. Pewnie nie jest to sprawiedliwa opinia, bo nie ocenia się książki po okładce ale strasznie razi mnie powszechny widok mało atrakcyjnych panów 60+ z grubym portfelem, przeżywających swoją drugą młodość w towarzystwie udających nimi zauroczenie Tajek w najlepszym wypadku w wieku 19 lat. Jak by nie było widać, że miłość to w Tajlandii bardzo chodliwy i dochodowy towar.

DSC_0183x

     Na ostatnie kilka dni, kiedy nasi znajomi udają się na medytację my przenosimy się na drugą stronę Tajlandii, sprawdzić jaki kolor i temperaturę ma woda w Morzu Andamańskim. Wybieramy prowincję Krabi, czyli miejsce słynące z Phuket i Kho Phi Phi. Decydujemy się jednak na miejsce równie ładne aczkolwiek znacznie mniej turystyczne. Pomimo, że Railay, czyli nasz kolejny docelowy punkt jest półwyspem to jednak można się do niego dostać jedynie z morza. Ma to swoje plusy, bo dzięki temu w całej okolicy nie ma skuterów ani aut. Jest jednak jedna rzecz, która przyciąga tutaj ludzi z całego świata. Potężne, wapienne skały w otoczeniu tropikalnej roślinności i obmywane przez krystalicznie czyste morze, stanowią najwspanialszy region wspinaczkowy w Tajlandii. Setki dróg, które w czasie odpływu rozpoczyna się wprost z plaży a w czasie przypływu z samej wody, stanowią nie lada gratkę dla miłośników tego sportu. Pierwsze co nas zaskakuje na Railay to właśnie codzienne przypływy i odpływy morza, kiedy to po południu wychodząc z bungalow niemal po kostki chodzimy po wodzie a obok pływają łódki i zaledwie kilka godzin później na horyzoncie trudno wogóle dostrzec morze.

DSC_0232x DSC_0257x

     Typowy dzień z życia plażowicza. Wychodzimy rano, czyli tak koło 12  i dreptamy jakieś 20 minut w najbardziej odległy zakamarek plaży. Znajduję sobie idealny kawałek piasku, koniecznie dobrze zacieniony, żeby się żywcem nie upiec i rozkładam obóz.  Rozglądam się po plaży, w zasięgu wzroku rozmieszczone może z dziesięć innych jednostek ale co najważniejsze w najbliższej okolicy nikogo. Układam się wygodnie na ręczniku, zamykam oczy i odpływam w błogi relaks. Idealna cisza i spokój. Przez chwilę… Potem jak w „Dniu Świra”, jakaś wspaniałomyślna para postanawia się rozłożyć zaraz obok. To nic, że plaża długa i szeroka, oni muszą się uwalić właśnie tutaj, tak żeby prawie dotykać mojej nogi. Jeszcze tylko sypną soczyście piaskiem, tak że czuję jak skrzypi w zębach i zaczynają głośną konwersację. Raj jak cholera – myślę i tyle w temacie mojego spania.  Pionizuję sylwetkę i postanawiam poobserwować przez chwilę ten unikatowy, plażowy ekosystem. Jakieś 50 metrów na prawo dwie młode niewiasty wystawiają swoje wdzięki na pełne słońce. Widać męki cierpią straszne, kiedy nie ma czym oddychać a pot się leje strumieniami. No ale cóż jak się powiedziało a to trzeba też powiedzieć b. Przyjechało się na wakacje do Tajlandii to trzeba wrócić spalonym na skwarka… inaczej się nie liczy. Dziewczyny bez końca przedłużają swoją agonie, co jakiś czas polewając się butelką wody. Tuż obok ktoś dogorywa po wczorajszym beach party. Kawałek dalej na drugi boczek przewracają się dwa wielorybki. Ich soczyście przypieczona skórka wręcz błaga o cień i zimny okład… ale gdzie tam. Może w tym roku intensywny róż jest w modzie albo myślą, że wytopią tłuszczyk.

DSC_0236x

     Chwilę później ciszę przerywa ogłuszający pisk. Oczy wszystkich kierują się w stronę źródła przerażającego dźwięku. Ale spokojnie to nie atak piratów ani żadne tsunami, tylko małpka zabrała blondynce banana. Litości myślę jest dwadzieścia razy mniejsza od Ciebie – a drze się jakby ją  zaatakował co najmniej tygrys lub niedźwiedź. To jednak nie koniec koszmaru bo małpi gang już się panoszy po plaży. Jedna siada koło mnie i grzebie w piasku, udając że czegoś szuka. Zapomnij, że zeżresz moje ciastka mówię i zabieram torbę.  A ta patrzy zdziwiona, drapie się po głowie, potem po jajkach i  bezczelnie sypie mi piachem na ręcznik. W końcu nie wytrzymuję i rzucam w nią pestką, obrażona wyszczerza zęby i odchodzi. Wygląda na to, że nie zostaniemy kumplami.

DSC_0318x

     Prawdziwa atrakcja zaczyna się jednak, kiedy na plażę przypływa łódeczka z Chińczykami. Wysypuje się z tej niewielkiej łajby mrowie klonów zapakowanych szczelnie od stóp do głów, żeby ich przypadkiem słońce nie opaliło. Obowiązkowo wszyscy w kamizelkach ratunkowych, bo przecież woda to wróg i jeszcze żaden ze spotkanych przez nas Chińczyków nie potrafił pływać. Rozpoczyna się zorganizowana wycieczka z przewodnikiem po plaży. Uzbrojeni w parasole, setki niepotrzebnych gadżetów i wielkie aparaty z uwagą śledzą poczynania swego wodza. Przewodnik jak wyrocznia cierpliwie tłumaczy ekipie: po prawej morze i wszyscy odwracają się by podziwiać wodę, po lewej plaża i grupa kieruje wzrok na piasek. A teraz możecie robić zdjęcia i jak na komendę grupa rozpoczyna sesję selfie, wydając z siebie przy okazji dziwne, głośne dźwięki. Powstają miliony ujęć w stylu ja na plaży, ja pod drzewem, ja po kostki w wodzie, ja przy łódce itd. Dwadzieścia minut później wódz traci cierpliwość i grupa rusza dalej. Ale jak się okazuje plaża to nie lada wyzwanie. Z rozbawieniem obserwujemy z Rafałem życiowy dramat dwóch młodych Chińczyków. Plaża w czasie przypływu jest w niektórych miejscach bardzo wąska a i zdarzają się takie niespodzianki jak palma lub drzewo. No więc nasi chłopcy wystylizowali się w rurki i ani nie mogą przekroczyć gałęzi ani tym bardziej podciągnąć spodni, żeby obejść badyl w wodzie. Rozczarowani i zniesmaczeni kapitulują. Na całe szczęście chwilę później reszta ekipy pakuje się z powrotem na łódkę i wszyscy odpływają. Robi się cicho.

DSC_0307x

    Spróbujmy jednak prześledzić dalej toczące się leniwe życie na plaży.  Obowiązują pewne umowne standardy, które trzeba spełniać aby móc uchodzić na typowego plażowicza. Primo, opalenizna bezwarunkowo im ciemniejsza tym lepiej, secundo wygląd, czyli modny kostium, fryzura, makijaż bo przecież jak Cię widzą tak cię piszą i po trzecie, bezwzględnie indywidualny kod kreskowy, czyli tatuaż.  Nieważne czy będzie modny, ładny albo oryginalny, ważne żeby był. U niektórych można nawet prześledzić poszczególne stadia rozwoju psychicznego, żeby nie powiedzieć ewolucji. O tutaj np. pan po prawej zaczął od trupiej czaszki i wspinającego się po łokciu wielkiego pająka jako wyraz młodzieńczego buntu, potem był czas na wilki i półnagie boginie a na starość pozostał tylko krzyżyk z Jezuskiem jako wyraz nawrócenia. Panie z reguły zaczynają od motylka, delfinka albo kwiatuszka na kostce, potem jest tribal na dolnej części kręgosłupa i w końcu jakiś ambitny tekst bądź tez chiński znaczek na łopatce. Bez wyobraźni i bez pomysłu. Czasem zwyczajnie patrząc zastanawiamy się co  do cholery autor miał na myśli. Ot tak ja to widzę, niestety. I gdzie w tym wszystkim artyzm lub jakaś głębsza idea.

    I tak sobie tam siedzę i myślę, że strasznie do tego otoczenia nie pasuję. Mocno odbiegam od tego lansiarskiego towarzystwa, ale mimo wszystko uważam, że choć mój kostium ma już z cztery sezony to z pewnością pływał w kilkunastu różnych morzach a moja skóra idealnie komponuje się z bielą piasku. Zresztą azjatyckie standardy piękna są trochę inne, bo tutaj blada skóra jest upragnionym ideałem i wyznacznikiem wyższego statusu społecznego.

DSC_0242x

    Chwilę przed burzą zwijamy nasz obóz i uciekamy schronić się w prowizorycznym bungalow. Dzień wcześniej jakiś lokalny inteligent w 35 stopniowym upale malował sąsiednie chatki, tak że ze smrodu prawie małpy pospadały z drzew. Więc dopiero dzisiaj da się tam wytrzymać. Wieczorem wychodzimy na spacer, w drodze powrotnej zahaczając o klimatycznego rasta bar, gdzie chłopaki shakerują najlepsze drinki w okolicy.  Nie ma policji, więc muzyka gra dobitnie a barmani kręcą blanty na barze, ale co najważniejsze wszyscy się dobrze bawią. Przed nami ostatnia noc w Tajlandii. No i rajskie bambusowe bungalow, gdzie po łóżku spaceruje kolonia mrówek a pod moskitierą zawsze znajdzie się jeden zbłąkany komar. No i łazienkę zawsze dzielisz z setką innych żyjątek. Czasem gekon spadnie Ci na głowę, karaluch przebiegnie po stopie albo zwyczajnie kornik nie da ci spać, skrobiąc drewno całą noc. Ehhhh ten raj. Na szczęście jutro płyniemy na malezyjską wyspę Langkawi.

DSC_0284x DSC_0270x

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Festiwal śmierci – Kambodża

Jedyne czego pragniemy to nieśmiertelności!

DSC_0759x

DSC_0877x

DSC_0734x

     Egipcjanie stworzyli piramidy, Majowie Machu Picchu, Persowie Persepolis, Rzymianie Koloseum, Grecy Akropol, a Khmerowie Angkor Wat. Wszyscy pragnęli pozostawić po sobie coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. Coś co przetrwa znacznie dłużej niż kilka następnych pokoleń i będzie wzbudzać respekt jeszcze setki lat po ich odejściu. Nieśmiertelność to marzenie. Nieśmiertelność to idea.

DSC_0718x

DSC_0839x

DSC_0797x

DSC_0622x

    W czasach swojej świętości, czyli za panowania dynastii angorskiej Kambodża była jednym z  potężniejszych i lepiej rozwiniętych państw ówczesnego świata. Do jej ziem należały terytoria  obecnej Birmy, Tajlandii, Laosu, Wietnamu i Malezji. Państwo słynęło z doskonałego budownictwa i zaawansowanych architektonicznie systemów nawadniania, dzięki którym mimo niesprzyjających warunków klimatycznych mieszkańcy w porze deszczowej unikali powodzi a w porze suchej mieli dostatek wody.  W okresie IX-XIII wieku Państwo Khmerów przeżywało swój złoty wiek a na szali świata uchodziło za prawdziwą potęgą. W tym czasie kolejni władcy decydują o budowie niespotykanych dotąd świątyń, mających im zagwarantować boskość, Surjawarman II ku czci Wisznu Angkor Wat a Dżajawarman VII Angkor Thom. Nigdy się nie dowiedzą, że ich dzieła jeszcze kilkaset lat później będą uznawane za jedne z największych i najpiękniejszych budowli religijnych świata. Ale dobre czasy Angkorów nie trwały długo. Przez kolejne stulecia Kambodża przeżywa swoje chude lata, najpierw stając się obiektem walk pomiędzy Syjamem a Wietnamem, następnie zaś kolonią francuską. Podczas II Wojny Światowej okupowana przez Japonię i Tajlandię, ostatecznie znajduje się pod panowaniem ekstremistycznego ugrupowania Czerwonych Khmerów, którzy w latach 1975-79 bestialsko mordują około 20-25% ludności kraju. Celem ugrupowania Khmerów było między innymi ograniczenie wartości religijnych mieszkańców, w związku z czym wszystkie świątynie zostają przekształcone w miejsca publicznych egzekucji. Ludność odzyskuje spokój dopiero w 1993 roku po odsunięciu od władzy Czerwonych Khmerów. Niestety po dziś dzień kraj zmaga się z wieloma problemami, a wieki walk i prześladowań spowodowały że po czasach świętości i dominacji pozostały jedynie ruiny świątyń. Na chwilę obecną Kambodża pozostaje jednym z najuboższych krajów w całej Azji.

DSC_0679x

DSC_0714x

DSC_0907x

    Co w takim razie kieruje ludźmi, którzy decydują się odwiedzić Kambodżę? Bez wątpienia świątynie Angkoru.  Co jeszcze… bieda i niedostatek? Bo tak się składa, że my znaleźliśmy znacznie więcej. Dla nas Kambodża to setki świątyń, fantastyczni ludzie i możliwość zobaczenia kawałka historii w doskonale zachowanej formie. To jedno z tych miejsc gdzie infrastruktura turystyczna praktycznie jeszcze nie istnieje (wyjątek stanowią okolice Sieam Reap) a codzienne życie mieszkańców nie różni się wiele od tego jak wyglądało kilka pokoleń wstecz. Przez kraj przechodzą jedynie dwie drogi, stanowiące połączenie pomiędzy Wietnamem i Tajlandią i choć ich jakość pozostawia wiele do życzenia to jednak gwarantują w miarę pewny transport. Poza tym obszarem bywa różnie. Ktoś kiedyś słusznie powiedział, że w kambodżańskich drogach nie ma dziur… są leje po bombach. Wyobraźcie sobie np. zwykłą polną drogę: doły, wertepy, kamienie, maksymalna prędkość 20km/h bo inaczej rozbijecie głowę o dach samochodu. Nie robi wrażenia? No dobra, to wyobraźcie sobie teraz, że droga pokryta jest pomarańczowym pyłem, który niezależnie od tego czy siedzicie na motocyklu, w autobusie czy samochodzie dusi was i przykleja się do każdego kawałka ciała a wy musicie w takich warunkach przemierzyć dobre kilkaset kilometrów. Ale to i tak jeszcze nic, prawdziwa zabawa zaczyna się kiedy spadnie deszcz. Wtedy, początkowo robi się niewielkie błotko, które jest śliskie i przykleja się do butów, potem drogi zaczynają przybierać konsystencję budyniu o barwie rozciapanej dyni, w której zapadacie się po kostki a ostatecznie wszystko znika pod potokiem wody. Czasem droga przestaje istnieć na kilka godzin a czasem na kilka dni. Podsumowując, podróżowanie na własną rękę po Kambodży wymaga trochę gimnastyki ale zdecydowanie jest tego warte.

DSC_0995x

DSC_0441x

     Pierwsze trzy dni spędzamy w stolicy kraju Phnom Penh, mieszkając w apartamencie  singapurskiego menadżera kasyna, z którym przez cały nasz pobyt mamy okazję spędzić zaledwie kilka minut.  Miasto samo w sobie jakoś specjalnie ciekawe nie jest ale przynajmniej mamy czas trochę odpocząć. Spacerując ulicami po raz pierwszy zaczynamy dostrzegać drastyczne różnice społeczne Khmerów. W Kambodży ludzie są albo skrajnie ubodzy albo obrzydliwie bogaci. Tutaj podwójnie razi kontrast pomiędzy zaparkowanym Porshe, który w tym kraju jest najmniej użytecznym samochodem a żebrzącymi obok dziećmi, które błagają o jedzenie. Przez kolejne dwa tygodnie takie obrazki okazują się na porządku dziennym a my poznajemy ciemną stronę Kambodży. Luksusowe samochody, prywatni kierowcy i wille a wszystko oklejone znaczkami międzynarodowych organizacji humanitarnych, pozwalają wierzyć, że obiecywana szeroko pojęta pomoc niekoniecznie trafia we właściwe ręce. Głód, ubóstwo i podatki wymuszają na wielodzietnych rodzinach oddawanie jednego lub kilku dzieci do specjalnych domów opieki, które teoretycznie mają zapewnić im schronienie, wyżywienie i edukację. Prawda jest jednak okrutna, gdyż instytucje te działają podobnie jak w Indiach tj: dzieci są celowo okaleczane lub oślepiane, w celu wzbudzenia litości a następnie zmuszane do żebrania, w nagrodę otrzymując spartańskie warunki życia. Kwitnie pedofilia, przemoc i wyzysk. I pomimo, że od pewnego czasu można zauważyć  próby zmian tego procederu to jednak w dalszym ciągu jest to jeden z bardziej znaczących problemów z jakim styka się dzisiejsza Kambodża.

DSC_0425x

DSC_0977x

DSC_0421x

   Pierwsze nasze kroki kierujemy do prowincji Kamphong Cham, która słynie z kilku całkiem imponujących świątyń. Nie rozczarowujemy się, bowiem połączenie kilkusetletnich budowli z nowymi a hinduizmu z buddyzmem jest harmonijne i niemal mistyczne. Przy okazji mamy możliwość uczestniczyć w bardzo ważnym dla Khmerów festiwalu śmierci i choć nazwa brzmi przerażająco to przesłanie tego święta jest w gruncie rzeczy pozytywne. Pierwszego dnia mnisi medytując przez wiele godzin otwierają drzwi do piekła i uwalniają wszystkie znajdujące się tam dusze. Przez 15 dni, duchy te krążą po świecie żywych, próbując znaleźć odkupienie. Ich rodziny mogą im w tym pomóc modląc się za nich i składając w ich imieniu ofiary, dlatego też Khmerowie w tym czasie chętnie odwiedzają okoliczne świątynie pozostawiając w nich podarunki dla swoich zmarłych bliskich. We wszystkich świątyniach palą się kadzidła a ołtarze zapełnione są jedzeniem dla głodnych duchów. I w otoczeniu tych właśnie duchów kontynuujemy naszą podróż.

DSC_0302x

DSC_0420x

DSC_0318x

DSC_0559x

   Leżymy na podłodze w jednej z buddyjskich świątyń, wokoło roznosi się ciężki zapach żarzących się  kadzideł, blask setek świec odbija się w pozłacanych posągach Buddy a z oddali dochodzi głęboki pogłos modlitwy mnichów. Leżymy i podziwiamy naścienne, kolorowe obrazy przedstawiające najważniejsze idee buddyzmu. Nachodzi nas refleksja, że cała ta religia niesie w sobie jakieś bardzo pozytywne przesłanie. Widzieliśmy już Buddę w okularach i Buddę szczerzącego się w ogromnym uśmiechu i nikt nie widzi w tym nic złego. W muzułmańskich meczetach zawsze czuliśmy się mocno przytłoczeni, w chrześcijańskich kościołach nauczono nas ogromnej powagi, pokory i bogobojności a tutaj jest po prostu swobodnie. I jest to w jakiś sposób urzekające. Po świątyni kręci się gromadka dzieci, ktoś odsypia w kącie sali, bo świątynia daje przyjemny chłód, ludzie wchodzą i wychodzą modląc się na swój własny sposób. To nie foux pas, że ktoś położył w ofierze zgrzewkę piwa, bo przecież kto powiedział, że bogowie go nie lubią. Przed wyjściem podbiega do mnie dziewczynka i daje mi kadzidło. Pomyśl życzenie i zapal – mówi. W porządku myślę i choć podobno nie wystawia się bogów na próbę to spróbuj spełnić moje myślę i zapalam patyczek.

DSC_0264x

DSC_0298x

DSC_0301x

DSC_0364x

DSC_0452x

    Kolejne trzy dni spędzamy w prowincji Kamphong Thom, gdzie wypożyczamy motocykl i jedziemy odwiedzić oddalony o jakąś godzinę drogi kompleks świątynny Sambor Prei Kuk. Kompleks szacowany jest na okres przed-angkoriański i składa się z kilkudziesięciu mniejszych świątyń ułożonych w okrąg i usytuowanych w dżungli (celowo posługuję się datą powstania Angkor Wat, gdyż dla Khmerów jest to moment epokowy; wszystko dzieje się albo przed albo po Angkor Wat). Miejsce nie jest specjalnie popularne wśród turystów, więc żaden komitet powitalny na miejscu na nas nie czeka. Po przyjeździe na miejsce, Rafała dopadają dzieciaki z okolicznych wiosek, które w pobliżu chodzą do czegoś na kształt szkoły, chociaż to co tam widzimy trudno nawet nazwać budynkiem. W każdym razie dzieci twierdzą, że Rafał jest Włochem i chcą żeby je nauczył nowych słówek. Ja w tym czasie robię zdjęcia świątyni ukrytej w drzewie. Jeszcze dobre pół godziny wygłupiamy się wspólnie z dzieciakami i robimy sobie pamiątkowe ujęcie. Kiedy się żegnamy, dzieci wskazują nam drogę a następnie mówią coś co dramatycznie zmienia nasze nastawienie do tej wycieczki. „Uważajcie gdzie stajecie, bo tutaj jest bardzo dużo min. Nie schodźcie ze ścieżki nawet na krok!” I pewnie gdybyśmy potrafili latać to właśnie w tym momencie unieślibyśmy się nad ziemię. Nie mam pojęcia jak głupie musiały być nasze miny, ale przez następne trzy godziny chodziliśmy po okolicy z duszą na ramieniu. I choć wszystko skończyło się dobrze, miejsce okazało się wyjątkowe a my zrobiliśmy wiele pięknych zdjęć to nie wiem czy chcielibyśmy to doświadczenie jeszcze kiedykolwiek powtórzyć.

DSC_0517x

DSC_0514x

   DSC_0530x

DSC_0378x

     Następny etap naszej kambodżańskiej podróży to znajdująca się w północnej części kraju świątynia Preah Vihear. Dojazd do prowincji okazuje się nie lada wyzwaniem, gdyż pokonanie odcinka około 200km lokalnym transportem zajmuje nam dobre kilka godzin, po czym 60km od celu dowiadujemy się, że  autobus dalej nie jedzie. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że jest święto a my jesteśmy jedynymi osobami próbującymi się dostać do miasta Sra Em, więc najwyraźniej kierowca nie widzi sensu dalszej jazdy. Mamy jednak szczęście, że ktoś się poczuł odpowiedzialny i postanowił dla nas zorganizować zastępczy środek lokomocji. Po zapełnieniu się podstawionego auta kilkoma osobami, czyli jakieś 1,5 godziny później ruszamy wreszcie w drogę. Do Sra Em docieramy już po zmierzchu, dosłownie kilka minut przez prawdziwą tropikalną nawałnicą. Miasteczko to właściwie dwie ulice, które po zmroku wyglądają jak wymarłe; pusta droga, w wielu miejscach brak elektryczności i błąkające się bezpańsko psy stwarzają upiorny klimat. Dłuższą chwilę błądzimy po okolicy w poszukiwaniu jakiegokolwiek miejsca na nocleg a drogę co chwila rozświetlają nam potężne błyskawice. Tej nocy trudno nam zasnąć w hałasie uderzających o dach potoków wody. Na szczęście rano znowu wita nas słoneczko, więc ruszamy w stronę oddalonej o 20km świątyni. Pierwsze problemy pojawiają się chwilę później, kiedy okazuje się że w okolicy nie ma absolutnie żadnej możliwości wypożyczenia własnego środka transportu a dodatkowo jedyną osobą z którą jesteśmy się w stanie porozumieć po angielsku jest kierowcą moto-taxi. Po długich negocjacjach płacimy kilka dolców i we trójkę na jednym motocyklu jedziemy na wzgórze, gdzie znajduje się Preah Vihear.  Położona majestatycznie na 500-metrowym klifie ogromna budowla od dawna pozostaje tematem sporu o przynależność pomiędzy Kambodżą a sąsiadującą Tajlandią. Kilkakrotnie mijamy tablicę z wymownym stwierdzeniem „to jest nasza świątynia”, widać też znaczną liczbę kręcących się po okolicy żołnierzy. Dowiadujemy się również, że kilka lat temu Kambodża zaminowała teren w okolicy świątyni, aby uniemożliwić Tajom jej przejęcie, w wyniku czego cały teren jest zamknięty. Świątynia sama w sobie jest niezwykle urokliwa a jej powierzchnia i usytuowanie budzą podziw. My odwiedzamy ją rano, kiedy spowijające okolicę mgły sprawiają, że miejsce przypomina kadr z filmu.

DSC_0569x

DSC_0571x

DSC_0585x

DSC_0570x

     Bezpośrednio z Preah Vihear przemieszczamy się do legendarnych świątyń Angkoru. Trasę 240km pokonujemy taksówką w 9 osób na pokładzie. Tak to prawda, że w Azji nie ma ograniczeń co do przewozu… zawsze jedzie tyle osób ile potrzebuje. Swoją drogą azjatyckie środki transportu mają chyba jakąś nieograniczoną pojemność, czasem nas to fascynuje kiedy obserwujemy jak z  niepozornego busika wylewa się nieskończony potok ludzi. Wracając do tematu, jedziemy w te 9 osób, na miejscu kierowcy dwie osoby, na miejscu pasażera trzyosobowa rodzina, czwórka z tyłu. W środku temperatura dobija 60 stopni a klimatyzacja nie dzieła. Lekko nie jest ale i tak cieszymy się że wogóle jedziemy.

DSC_0603x

     Kompleks świątynny Angkoru liczy około tysiąca antycznych budowli, rozmieszczonych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.  Każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa i niepowtarzalna. Decydujemy się na zakup jednodniowego biletu wstępu i wypożyczenie motocykla. Mamy świadomość, że obiektów jest tak dużo iż nie jesteśmy w stanie zobaczyć wszystkiego w jeden dzień ale najbardziej istotne budowle z pewnością zdążymy. Zwiedzanie rozpoczynamy od największej i najsłynniejszej świątyni Angkor Wat. Budowla imponuje architekturą i rozmachem, postawiona na wodzie, otoczona szeroką fosą słusznie szczyci się mianem wizytówki kraju. Następnie kolejno odwiedzamy Bayon, Angkor Thom, Preah Khan, Ta Prohm , Banteay Srei i wiele, wiele innych. Większość z nich jest dobrze ukryta w dżungli, opleciona lianami i majestatycznie porośnięta potężnymi konarami drzew. Podziwiamy zapierające dech w piersiach tarasy, rzeźby i zdobienia. Stąpamy po tych samych ruinach, gdzie w kamieniu zapisana jest historia i gdzie biegała filmowa Lara Croft. To co bez wątpienia trzeba przyznać… miejsce budzi respekt. I aż trudno uwierzyć, że coś tak niesamowitego stworzyły ludzkie ręce. Po kilkunastu godzinach chodzenia i wspinania się na setki schodów w ekstremalnym upale jesteśmy wykończeni. Wieczór spędzamy z naszym francuskim hostem na słynnej ulicy Pub Street, gdzie jak sama nazwa wskazuje główną atrakcją jest picie niewiarygodnie taniego piwa. Przy okazji dowiadujemy się, że Maxime jest specjalistą od plantacji melonów a przy okazji jedną z nielicznych osób, które nie mają pojęcia na czym polega ich praca. Chwilę później dołącza do nas Japończyk Shin, który jeszcze niedawno studiował fizykę, należąc przy okazji do teamu Hondy w rajdach samochodowych a teraz przemierza świat na rozklekotanym motocyklu kupionym w Laosie za 200 dolarów. Na deser mamy zaplanowany koncert jazzowy w jednym z okolicznych klubów, ale kiedy dojeżdżamy na miejsce okazuje się, że koncert odwołano. Są za to darmowe drinki, więc miało być kulturalnie a wyszło jak zwykle.

DSC_0893x

DSC_0699x

DSC_0870x DSC_0929x DSC_0829x DSC_0849x DSC_0758x DSC_0750x DSC_0735x DSC_0724x DSC_0695x DSC_0686x DSC_0661x DSC_0647x

     Miejsce jakie zostawiliśmy sobie na koniec podróży to prowincja Battambang. Tam kolejne niesamowite świątynie, ale także słynna killing cave, czy jaskinia w której za panowania Czerwonych Khmerów zamordowano ponad 10000 ludzi. Po jaskini za drobną opłatą oprowadza nas kilkuletni chłopiec. Widok jest mocno poruszający, bowiem w środku pozostawiono setki ludzkich  kości. Na koniec odwiedzamy farmę krokodyli, gdzie mamy możliwość potrzymania dwumiesięcznych krokodyli. Teraz sprawiają wrażenie uroczo słodkich, ale myślę że kilka miesięcy później już nie bylibyśmy w stosunku do nich tacy odważni. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na przydrożnym bazarze i kupujemy świeże owoce. Kilo bananów za dolara, pomelo wielkości arbuza za dolara, kokosy, ananasy też za dolara. Śmiejemy się, że w Kambodży wszystko kosztuje dolara. Chociaż szczerze powiedziawszy to co najcenniejsze rozdają za darmo, bo jeszcze w żadnym kraju nie otrzymaliśmy tylu uśmiechów i sami też jeszcze nigdy nie uśmiechaliśmy się do przypadkowych osób tak często.

DSC_0001x

DSC_1006x

DSC_0978x

DSC_0008x

DSC_0963x

DSC_0013x

     Powiedzenie głosi, że podróże kształcą. Wizyta w Kambodży uczy innego spojrzenia na świat.

DSC_0681x

DSC_0414x

DSC_0549x

DSC_0764x

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Lista rzeczy, które musisz zrobić/zobaczyć będąc w Wietnamie!!!

DSC_0184x

   Zanim zdecydujesz się wyjechać do Wietnamu uważaj, bo może Ci się spodobać. Najprawdopodobniej też będziesz jeszcze chciał tam kiedyś wrócić. Wbrew powszechne panującej opinii ten kraj to coś więcej niż dżungla, wojna i ludzie w spiczastych kapeluszach biegający po polach ryżowych. Co w takim razie ma do zaoferowania przyjezdnym Wietnam? No cóż… oto nasza lista „must see”!

DSC_0334x

     Hanoi – miasto którego się nie zwiedza tylko doświadcza. Wąskie i chaotyczne uliczki, stragany na których można kupić dosłownie wszystko, powszechny gwar i zgiełk. Oprócz tego tłumy ludzi, tysiące skuterów, miliony świateł i neonów a pośrodku ty. Każdy chce Ci coś sprzedać lub zaoferować. Czujesz się mały, zagubiony, zauroczony. I choć miasto jest duże to jednak  nie męczy i nie przytłacza. Masz wrażenie, że jesteś po prostu chwilowym widzem w tym nieprzerwanym spektaklu codziennego życia mieszkańców. Będąc w Hanoi warto zatrzymać się na pyszną lokalną kawę, zamknąć oczy i przejść przez ulicę w jednym z najbardziej zatłoczonych miast świata czy przespacerować ulicą, gdzie mieszkańcy muszą zamykać drzwi i okna kiedy środkiem drogi przejeżdża pociąg. Miasto znane też jest w całej Azji pod kątem kulinarnym. Można tu spróbować takich przysmaków jak kot, pies czy szczur,  my jednak zdecydowaliśmy się jedynie zjeść węża. W tym celu pojechaliśmy do dzielnicy Le Mat zwanej wężową wioską, gdzie wybraliśmy naszą ofiarę. Do wyboru jest oczywiście kilka różnych gatunków i modeli, najdroższa opcja to kobra. My pozostaliśmy przy jakimś mniej wyszukanym okazie, całkiem dorodnym i podobno niegroźnym. Cały proceder przygotowania potraw brzmi dość okrutnie bo mordu zwierzęcia dokonuje się na naszych oczach ale ciekawość bierze górę. Na początek dostajemy wódkę ryżową z jeszcze bijącym sercem węża w środku, po wypiciu którego czujemy się już prawie nieśmiertelni a przynajmniej jakbyśmy mieli dodatkowe życie w zapasie. W następnej kolejności na stole lądują: wódka z wężową krwią i kolejno siedem różnych potraw jak np.; sajgonki, ryż z wężowym tłuszczem, pieczona skórka, danie a’la nasze polskie gołąbki z mięsem w środku,  flaczki z warzywami i inne wynalazki. Mięso samo w sobie całkiem niezłe choć trudne do porównania z jakimkolwiek innym gatunkiem, charakterystyczne w smaku, chude i delikatne.

DSC_0145x

DSC_0180x

DSC_0248x

DSC_0227x

DSC_0152xx

      Halong Bay, czyli Zatoka Lądującego Smoka i Wyspa Cat Ba – bez wątpienia jedno z najpiękniejszych miejsc jakie do tej pory widzieliśmy. Owiane legendami, dziewicze i urzekające. Kilka godzin pływaliśmy statkiem pomiędzy maleńkimi wysepkami porośniętymi dżunglą i olbrzymimi skałami wyłaniającymi się bezpośrednio z morza. Leżąc na pokładzie, kołysani falami, obserwując pływające wioski rybackie, dzikie plaże i skaczące po drzewach małpy czuliśmy się jak w bajce. Po południu przesiedliśmy się na kajak, żeby opłynąć sąsiednie jaskinie i laguny. Kiedy wsiadaliśmy do kajaka prażyło słońce a na niebie nie było widać ani jednej chmury, czterdzieści minut później na morzu zastała nas tropikalna burza. I choć wiemy, że nie było to bezpieczne, kiedy lejący się z nieba wodospad zaczął zatapiać nam kajak a wokoło trzaskały pioruny to i tak cieszyliśmy się jak dzieci. Schronienie dała nam dopiero niewielka jaskinia, gdzie mogliśmy opróżnić naszego u-boota z wody i dopłynąć do statku. Godzinę później ponownie wyszło słońce, dzięki czemu dzień zakończyliśmy kąpielą w krystalicznie czystej wodzie jednej z zatoczek. Wbrew wcześniejszym planom wyspa zatrzymała nas jeszcze na dwa kolejne dni, w czasie których wdrapaliśmy się na najwyższe w okolicy wzgórze by odwiedzić opuszczony Fort Cannon, podziwialiśmy zapierające dech w piersiach widoki na całą zatokę z naszego tarasu a wieczorami wdychaliśmy rześką bryzę po popołudniowych burzach siedząc do późnej godzin nocnych na molo.

DSC_0279x

DSC_0303x

DSC_0311x

DSC_0380x

DSC_0519x

Tam Coc – dwugodzinny rejs łódką pomiędzy wapiennymi wzgórzami i zielonymi polami ryżowymi. Widoki bajkowe, szczególnie że przepływa się przez kilka całkiem ciekawych poziomych jaskiń. Dodatkowo wyjątkowości nadaje fakt, że Wietnamczycy wiosłują za pomocą nóg. W okolicy znajduje się też całkiem interesująca kilkupoziomowa świątynia, zbudowana na wzgórzu, z czego jedna sala wykuta jest w skalnej jaskini. Ze szczytu rozciąga się ponadto piękna panorama całej okolicy.

DSC_0588x

DSC_0606x

     Paradise Cave w Parku Narodowym Phong Nha-Ke Bang – pomimo, że na terenie Wietnamu znajduje się kilka unikalnych parków narodowych, to jednak uważamy, że ten jest prawdziwą perełką. Szczególnie dla osób, które lubą podziwiać naturalną przyrodę i jaskinie. Cały teren parku jest górzysty a całość porasta gęsta dżungla, przez którą poprowadzona została jedna droga. Jednak tak naprawdę to co można podziwiać gołym okiem przejeżdżając przez park to zaledwie początek. Najbardziej niezwykłe jest to co znajduje się pod ziemią. Tam bowiem można znaleźć nieprawdopodobną sieć jaskiń, rozciągnięta na powierzchni kilkuset kilometrów. Podobno na chwilę obecną odkryto i zbadano zaledwie niewielką część całego systemu. Rzecz jasna większość jaskiń jest dostępna tylko dla wybranych, wymaga bowiem specjalnych pozwoleń. Można jednak znaleźć kilka jaskiń, do których odwiedzenia nie potrzeba ani specjalistycznego sprzętu ani większych umiejętności. Nas zdecydowanie urzekła Paradise Cave, czyli jedna z najdłuższych, poziomych i suchych jaskiń świata. Do tej pory długość odkrytych korytarzy przekracza 31 km. Żeby dostać się do Paradise Cave należy najpierw wspiąć się na wzgórze a następnie pokonać kilkaset schodów w dół. Z każdym krokiem temperatura spada, więc robi się coraz chłodniej i przyjemniej. Kiedy osiągamy dno czeka nas długi spacer pomiędzy ogromnymi stalaktytami i stalagmitami, które przez tysiące lat utworzyły niesamowity spektakl kształtów i form. Nasza wyobraźnia podpowiada nam różne obrazy, które próbujemy dopasować do otaczającego nas świata. W ostatniej sali spędzamy prawie godzinę, kontemplując nad tym co musieli czuć speleolodzy, kiedy zeszli tutaj pierwszy raz. Nie spieszy nam się do tropikalnego klimatu na powierzchni.

DSC_0705x

DSC_0728x

DSC_0733x

     DMZ, czyli strefa zdemilitaryzowana. Dziesiątki kilometrów podziemnych tuneli, w którym w czasie wojny ukrywali się zarówno żołnierze jak i cywile. Wąskie, niskie i duszne kanały, w których przez kilka lat mieszkały całe rodziny. Dopiero będąc w takim miejscu jesteś w stanie zrozumieć jak silny jest ludzki instynkt przetrwania, kiedy bez wody, elektryczności ani żadnych wygód przebywający tam ludzie za wszelką cenę próbowali ocalić życie. Co niewiarygodne tunele tworzą sieć podziemnych alejek i pomieszczeń, na trzech różnych poziomach głębokości. Wejścia do tuneli są doskonale ukryte przed światem a ich znalezienie bez bardzo dokładnych informacji od osób wtajemniczonych jest absolutnie niemożliwe. Samo przejście tuneli jest niemałym wyczynem, gdyż korytarze są bardzo ciasne i klaustrofobiczne a temperatura mocno przekracza 40 kresek. Wrażenie braku powietrza potęguje jeszcze ekstremalna wilgotność. Tylko od czasu do czasu udaje nam się dostać do jednego z wyjść z widokiem na zatokę. Nabieramy powietrza, pstrykamy fotki i wracamy w nieznaną ciemność. Niewygody  tuneli Vinh Moc rekompensuje nam droga powrotna, kiedy przez kilkadziesiąt kilometrów podróżujemy motocyklem wzdłuż dzikich i urokliwych plaż Morza Południowo-Chińskiego.

DSC_0765x DSC_0766x

DSC_0775x

     Hoi An – najbardziej urokliwe i klimatyczne miasto w Wietnamie. Kolonialna architektura starego miasta, mieszanka wpływów europejskich, chińskich i tradycyjnych wietnamskich. Wąskie uliczki rozmieszczone po dwóch stronach rzeki, pełne maleńkich kawiarenek i restauracji. Bazar i stargany pełne cudów a wszystko oświetlone tysiącami różnokolorowych lampionów. Do tego dzieci poprzebierane za smoki, tańczące w rytm bębnów no i świeże piwo za mniej niż 50 groszy. W Hoi An po prostu trzeba zatrzymać się na dłużej. W okolicach miasta znajduje się jeszcze jedna atrakcja a mianowicie datowany na ok. IV w n.e. kompleks świątynny ludu Cham. Świątynie przez setki lat ukryte w dżungli przetrwały w niemal nienaruszonym stanie. Niestety na dzień dzisiejszy z ich dawnej świetności pozostały jedynie ruiny. Początkowych zniszczeń dokonali francuscy archeolodzy zabierając wszystkie symboliczne i wartościowe rzeczy, artefakty czy posągi do muzeów. Z kolei to czego nie byli  w stanie zabrać, bo było zbyt duże lub wbudowane w konstrukcję świątyni okaleczali w inny sposób. W związku z czym na chwilę obecną w przeważającej większości azjatyckich, antycznych świątyń można podziwiać surowe konstrukcje i posągi pozbawione głów. Aby  zobaczyć same głowy i inne ciekawe przedmioty trzeba się już niestety wybrać do Luwru. Pomimo, że brzmi to okrutnie to jednak nie jest to najgorsze co spotkał My Son. Prawdziwą klęską okazało się bombardownie ze strony amerykańskich wojsk. W czasie wojny Amerykanie byli przekonani, że w świątyniach ukrywają się wietnamscy żołnierze dlatego zdecydowali o zniszczeniu całego kompleksu. Dziś już wiadomo, że w świątyniach w czasie wojny ukrywali się mieszkańcy okolicznych wiosek. Skutek?… kilkaset niewinnych ofiar i doszczętnie zniszczone jedno z najstarszych miejsc kultu w Wietnamie. Niestety jeszcze wiele lat potrzeba na oczyszczenie całego terenu z pozostawionych tam niewybuchów i chociażby częściową odbudowę świątyń. I co zaskakujące, pomagają przy tym organizacje z wielu różnych krajów… z wyjątkiem USA.

DSC_0872x

DSC_0898x

DSC_0890x

DSC_0942x

DSC_0964x

      Nha Trang – podobno znajdują się tam najpiękniejsze plaże Wietnamu. Dla nas, no cóż, plaże jak plaże; piasek, czysta woda i palmy. Dobre na 1-2 dni a potem zaczyna się nudzić. Nam się  jednak podobało. W Nha Trang udało nam się bowiem poznać kilku niezwykłych ludzi. Przez trzy dni mieliśmy możliwość mieszkać u nauczyciela języka angielskiego. Mac, bo tak ma na imię, jest Brytyjczykiem i choć ma 72 lata, wiele w życiu przeszedł i od dawna jest unieruchomiony na wózku inwalidzkim to jednocześnie jest jedną z najbardziej niesamowitych osobowości jakie spotkaliśmy w tej podróży. Człowiek legenda, zawsze szczęśliwy i zawsze uśmiechnięty. Mimo przeciwności losu zawsze pozytywnie nastawiony do świata i chętny do pomocy innym. Bez przerwy otoczony gromadką uczniów, którym charytatywnie pomaga w nauce języka angielskiego. My uczestnicząc w jego zajęciach mieliśmy niebywałą okazję zgłębić wiedzę na temat wietnamskiej kultury i tradycji. Przy okazji dostaliśmy jeszcze zaproszenie na najlepszą kawę w mieście, którą jak się okazało wypiliśmy w Sheratonie z jednym z najbogatszych ludzi w Indiach. Podobno za kilka lat Nha Trang ma stać się jednym z najbardziej popularnych kurortów plażowych w Azji. Pożyjemy… zobaczymy!

DSC_0001x

     Dalat – Górskie miasteczko malowniczo położone nad jeziorem wśród plantacji kawy, bawełny i owoców. Najbardziej cenione za swój rześki, górski klimat. Kiedy zatem temperatura spadła do 24 stopni, po raz pierwszy od kilku miesięcy wyciągnęliśmy z plecaków polary. Główną atrakcją okolicy jest kilka pokaźnych wodospadów a także „Dolina miłości” i Crazy House, czyli miejsca które przenoszą nas do magicznego świata Alicji w Krainie Czarów.

DSC_0005x

DSC_0021x

DSC_0066x

      Sajgon – miasto samo w sobie nie ma do zaoferowania zbyt wiele. Pomimo, że widać tu ślady francuskiej kolonizacji, jak np. katedra Notre Dame to podobieństwo występuje jedynie w nazwie. Sajgon, obecnie funkcjonujący pod nazwą Ho Chi Minh zachował wiele ze swojego azjatyckiego charakteru. Co prawda kilka pierwszych dni spędziliśmy pod dachem Dawida (pozdrawiamy) w dystrykcie 2, wspólnie z kilkunastoma innymi ekspatami z całego świata, to jednak i tak udało nam się poczuć ducha tego legendarnego miasta. Dawid! Ogromne dzięki za możliwość spróbowania taniego i dobrego wietnamskiego jedzenia, wymianę podróżniczych doświadczeń przy basenie, dawno nie jedzone schabowe z ziemniakami i wódkę kokosową. Trzymamy za Ciebie kciuki!  Na dwa ostatnie dni przenieśliśmy się w samo serce Sajgonu. W dzień obserwowaliśmy nieprzerwanie sunącą ulicami rzekę jednośladów. Po prawie miesiącu spędzonym w Wietnamie wiemy już, że na motocyklu/tudzież skuterze można przewieźć dosłownie wszystko, tj; pięcioosobową rodzinę, lodówkę, trzydrzwiową szafę, pralkę, dwuosobowe łóżko, okna, rower, 200kg ryżu, cztery drzewa, sześć prosiaków, krowę, telewizor, komplet opon a nawet drugi motocykl. Możliwości są nieograniczone a wyobraźni i kreatywności Wietnamczykom naprawdę nie brakuje. Późnym wieczorem centrum miasta zmienia swoje oblicze… ruch uliczny słabnie, coraz gęściej za to pojawiają się stoliki i budki z przydrożnym jedzeniem. Ulice zapełniają się zwolennikami lokalnego, taniego piwa. Miasto dopiero teraz budzi się do życia, tłumy ludzi poupychani przy małych plastikowych stoliczkach lub siedzący na chodnikach, potwornie głośna muzyka dobiegająca z wszystkich lokali, pokazy ognia, spacerujące środkiem prostytutki szukające zarobku lub zagranicznego męża i goście tego widowiska próbujący przekrzyczeć siebie i muzykę. Fascynujący spektakl, który dobiega końca dopiero po wschodzie słońca. Kiedy ruch uliczny się wzmaga, pojawiają się pierwsze dostawy i wokoło roznosi się zapach świeżych bagietek, piwo ustępuje miejsca kawie i ofercie śniadaniowej, obsługa sprząta część stolików, rozwiesza na zapleczu hamaki i w oczekiwaniu na pierwszych klientów odsypia trudy nocy. Sajgon to miasto, które absolutnie trzeba zobaczyć.

DSC_0112x

     Delta Mekongu – tysiące rzecznych kanałów, otaczających małe i większe wysepki. Poukrywane zakłady produkujące ręcznie papier ryżowy czy cukierki kokosowe, plantacje bananów, papaji i mango. Markety, gdzie wzajemna sprzedaż i wymiana odbywa się na rzece. Delta Mekongu to region, gdzie codzienne życie toczy się na wodzie. To tutaj życiodajny Mekong, płynący przez prawie pięć tysięcy kilometrów i pięć krajów w piękny sposób kończy swój bieg.

DSC_0180xx

DSC_0215x

DSC_0129x

DSC_0134x

DSC_0152x

DSC_0165x

DSC_0206x

     Co jeszcze warto zobaczyć w Wietnamie? Wszystko czego tutaj nie opisaliśmy i czego sami nie zobaczyliśmy.

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Laos – najcenniejsze co mamy to czas

DSC_0085x

DSC_0028x

      Dlaczego uważam, że przynajmniej raz w życiu każdy z nas powinien jechać do Laosu?… Bo tylko wtedy zrozumie jak cenny jest  czas. Jesteśmy wychowani w kulturze, w której ciągle gdzieś się spieszymy. Bez przerwy za czymś gonimy, do czegoś dążymy albo przed czymś uciekamy. Nieustannie biegniemy za lepszą pracą, nowszym samochodem czy wyższą wypłatą. Walczymy o rzeczy banalne, które tylko pozornie dają nam szczęście. Jesteśmy przemęczeni i zestresowani bo nieustannie otoczenie wmawia nam, że ciągle mamy za mało,  że ciągle musimy być we wszystkim lepsi a na karku czujemy oddech konkurencji. Nieświadomie zaczynamy brać  czynny udział w tym wielkim wyścigu szczurów. Stopniowo stając się przy okazji niewolnikami rzeczy, które posiadamy a z których ostatecznie i tak nie potrafimy się cieszy,  bo nowy telewizor po dwóch latach okazuje się już nie taki dobry, ubrania kupione w zeszłym sezonie już wyszły z mody a nowe meble w kuchni też już nie wydają się takie wyjątkowe. Zatracamy się odkładając wszystkie nasze plany i marzenia na później. Brakuje nam czasu dla naszych bliskich i znajomych, często nie mamy go nawet na nasze własne pasje i przyjemności. Żyjemy schematycznie i przewidywalnie, boimy się zmian. Co dziwne, nie dostrzegamy, że bezpowrotnie tracimy nasz najcenniejszy dar, czyli czas. Czas, którego nie zatrzymamy i już nigdy nie cofniemy.

DSC_0113x

DSC_0118x

   Nasze pierwsze wrażenie po wjeździe do Laosu? W zestawieniu z zatłoczonymi, industrialnymi Chinami kontrast wydał się uderzający. Plantacje kauczuku zastąpiła prawdziwa dżungla i soczyście zielone pola ryżowe, wielopiętrowe wieżowce – drewniane chatki na palach, a odgłosy miasta – błoga cisza. A teraz do rzeczy… Granica chińsko-laotańska to właściwie ogromna, złota brama pośrodku dżungli. Po stronie Laosu kupujemy wizy i uiszczamy oficjalną łapówkę w wysokości 4$ za to, że ktoś wkleja nam je do paszportów (przy okazji możemy pominąć procedurę kontroli bagażu). Chwilę później zaczyna się zabawa. Miejscowość do której zamierzamy jechać jest oddalona o jakieś 30km od granicy, transport miejski nie funkcjonuje, ze stopem problem taki, że nic nie jeździ. Jedynym wyjściem pozostaje taxi. A taksówkarz jak to łatwo przewidzieć próbuje nas wykiwać. No więc stoimy tak piętnaście minut bo my wiemy jaka powinna być cena i on też wie, że my wiemy ale jeszcze liczy że zapłacimy więcej. W końcu się łamie i z niepocieszoną miną kiwa, żebyśmy wsiadali. Jedziemy do Luang Namtha.  Zostajemy na cztery dni. Wypożyczamy skuter za obłędną cenę 5$ i ambitnie planujemy wycieczkę do oddalonej o 60km wioski Muang Sing. Tyle, że plany planami a życie życiem. Pierwszego dnia objeżdżamy okoliczne wioski mniejszości etnicznych, podglądając codzienne życie mieszkańców, spacerujemy po polach ryżowych i palimy kadzidełka w okolicznych świątyniach. Czujemy się absolutnie wolni i szczęśliwi. Na koniec dnia zaliczamy jeszcze mały wypadek, bo Rafał zapomina że skuter to nie cross, przez co do hotelu wracamy lekko obdrapani. Drugiego dnia wyjeżdżamy w góry, ale w połowie drogi do Muang Sing łapie nas monsumowa ulewa. Czterdzieści minut później kompletnie przemoczeni i bez nadziei na jakąkolwiek poprawę pogody decydujemy się zawrócić. Dopiero trzeciego dnia udaje nam się dojechać do celu, niestety wracając przebijamy oponę i znowu plany nam się nieco komplikują. Czterdzieści kilometrów od jakiejkolwiek cywilizacji a my nie możemy ruszyć dalej. Pomoc oferuje nam pewna rodzina. Z bólem serca musimy jednak odmówić ale niestety mimo szczerych chęci nie bardzo potrafimy sobie wyobrazić jak mielibyśmy się zmieścić na skuterze na którym siedzi czteroosobowa rodzina, leżą dwa wory ryżu i cztery ogromne kosze rupieci. Dopiero dwie godziny później zostajemy uratowani. A skoro już tak siedzieliśmy i czekaliśmy to  mieliśmy czas zauważyć pewne zasady obowiązujące w Laosie,. Oto kilka z naszych obserwacji:

DSC_0847x

DSC_0851x

DSC_0854x

DSC_0855x

DSC_0859x

DSC_0860x

    Czas w Laosie płynie inaczej. Tutaj nikt się nigdzie nie spieszy. Zgodnie z zasadą, ze jeżeli masz coś zrobić dzisiaj,  to posiedź i poczekaj do jutra – może Ci przejdzie, ewentualnie ktoś to zrobi za ciebie. W laotańskim słowniku nie istnieją słowa takie jak teraz czy już. Wszystko odbywa się później… ale kiedy, tego dokładnie nikt nie wie.

    Kraj generalnie jest mocno zdezorganizowany, nie zdziw się zatem, że jak pójdziesz na dworzec to nikt nie będzie Ci w stanie powiedzieć o której godzinie odjeżdża autobus, albo czy w ogóle taki autobus jeździ. Nawet jeżeli nad twoją głową wisi ogromny rozkład to i tak z całą pewnością nie jest aktualny. Jeżeli obsługa w okienku o 8 rano będzie pijana i nie będziesz się w stanie dogadać a co się z tym wiąże kupić biletu… pamiętaj – zachowaj spokój. Jeżeli znowu innym razem kupisz miejsca, których w rzeczywistości już nie ma i jedno siedzenie będziesz dzielił z trzema Laotańczykami a pod nogami miał kolejnych pięciu… policz do dziesięciu i głęboko oddychaj.

   Czas dla Laotańczyków jest względny, więc niezależnie od tego jak bardzo spóźnisz się na autobus czy umówione spotkanie i tak zawsze będziesz przed czasem. Minimalne opóźnienie każdego lokalnego środka transportu to co najmniej godzina, jeżeli wiec cenisz sobie czas i punktualność… omijaj Laos szerokim łukiem. Drugim fenomenem są drogi, a właściwie ich stan, w szczególności zaś w porze deszczowej. Jeżeli więc trasę o długości 200 km będziesz pokonywał ponad 10 godzin, dodatkowo kilkakrotnie pchając autobus w błocie po kostki… zachowaj spokój. Jeżeli dodatkowo jesteś wrażliwy na zapachy, to nigdy nie wsiadaj do lokalnych busów. W przeciwnym razie zrozumiesz co oznacza, kiedy wszyscy dookoła ciebie mają chorobę lokomocyjną (szczegółów wam oszczędzę).

    Jeżeli na obiad w restauracji będziesz czekał 1,5 godziny, a ostatecznie zamiast tego co zamówiłeś  i tak dostaniesz to co mieli… zachowaj spokój. Dobra rada, jeżeli idziesz do restauracji z drugą osobą starajcie się zawsze zamawiać takie samo danie, w przeciwnym razie jedno z was zdąży już strawić jedzenie a drugie wciąż jeszcze będzie głodne. Jeżeli właśnie dostałeś spleśniały sos, zwiędłą sałatę czy zimny ryż a po stole biega armia czerwonych mrówek… zachowaj spokój. Dopóki jedzenie samo nie wychodzi Ci z talerza nie jest źle!

   Zapomnij także, że skoro jesteś turystą, to znaczy że jesteś kimś ważnym. W Laosie ważny jest czas. Nie oczekuj zatem, że ktokolwiek będzie za tobą biegał i Ci nadskakiwał. Możesz mieć pieniądze i wiele rzeczy możesz chcieć ale niestety i tak musisz się dostosować do panujących reguł. Jeżeli kierowca powie, że dzisiaj nie pojedzie bo jest zmęczony to żadna siła nie zmieni jego decyzji. Jeżeli  w kawiarni będziesz czekał 20 minut aż w ogóle obsługa cię zauważy bo akurat w TV leci jakaś telenowela… spróbuj medytacji. I nie licz na cud, że dostaniesz kawę przed zakończeniem odcinka. Nie zdziw się także, jeśli na stacji benzynowej nie zatankujesz paliwa, bo właściciel zdenerwuje się, ze go obudziłeś i będzie Ci kazał jechać dalej… po prostu policz do dziesięciu.

DSC_0861x

DSC_0865x

DSC_0866x

DSC_0878x

DSC_0880x

DSC_0889x

DSC_0896x

DSC_0899x

    A teraz przejdźmy do przyjemniejszych rzeczy, czyli co takiego w Laosie zwiedziliśmy i zobaczyliśmy. Północna część kraju była dla nas absolutnie niezwykła. I choć zabrzmi to banalnie to godzinami jeździliśmy pomiędzy malutkimi wioskami poukrywanymi w górach. Drewniane domki usytuowanie na palach w sąsiedztwie malowniczych pól ryżowych.  Proste ludzkie życie, bez luksusów i dostatków. Kolorowe tradycyjne stroje, leniwie rozwieszone hamaki, kobiety sprzedające świeże ananasy, kokosy i banany, starsi mężczyźni palący bambusowe fajki i wreszcie dzieciaki kąpiące się przy studni, przy okazji radośnie witające każdego, a także swobodnie biegające kury i świniaki… Inny świat.

DSC_0915x

DSC_0916x

DSC_0922x

DSC_0944x

DSC_0948x

DSC_0972x

DSC_0973x

DSC_0977x

    Luang Prabang, czyli miasto legenda. Mekka backpackersów i turystów. Setki hotelików, klimatycznych restauracji i kawiarenek, liczne pagody i nocny bazar a wszystko położone nad brzegiem Mekongu. Następnie Vang Vieng – czyli nasz numer 1. Chociaż całe miasto to właściwie jedna ulica za to widoki dookoła zapierające dech w piersiach. Jeszcze niedawno miejsce to słynęło głównie z Opium, które dodawane tutaj było niemal do wszystkiego. I choć obecnie proceder ten został mocno ukrócony to w dalszym ciągu możesz mieć pewność, że zamawiając w lokalu cokolwiek z wdzięcznym słówkiem „happy” w nazwie… raczej tego wieczoru nie będziesz smutny. Nas jednak VV zauroczyło przepięknymi wapiennymi górkami, porośniętymi dżunglą i licznymi, łatwo dostępnymi w okolicy jaskiniami. Rowerowe wycieczki, przedzieranie się przez rzeki i bezdroża a także taplanie się w jaskiniowym błotku, to jest właśnie to co tygryski lubią najbardziej.

DSC_1031x

  DSC_1014x

DSC_1007x

DSC_1037x

DSC_0082x

  Vientiane, czyli stolica. No cóż… trochę tam posiedzieliśmy, aczkolwiek miasto zwiedzaliśmy głównie z perspektywy basenowego leżaka i stolika z Beerlao. Oczekując na wietnamską wizę przez kilka dni mieszkaliśmy u francusko-niemieckiej pary, goszczącej dodatkowo Marko z Niemiec i Amy z Filipin. Jak nietrudno przewidzieć bawiliśmy się świetnie.

DSC_0112x

DSC_0109x

DSC_0987x

   Ostatnim przystankiem naszej przygody w Laosie było miasto Phonsavan, słynące z Plains of Jars, czyli równiny pokrytej tysiącami kamiennych dzbanów. Niestety miasto to, jak i zresztą większa część wschodnich rejonów Laosu skrywa mroczną i bolesną tajemnicę z przeszłości. Kraj ten do dziś charakteryzuje się największą na świecie ilością niewybuchów. I choć oficjalnie Laos nie miał nic wspólnego z wojną w Wietnamie to niestety do dziś dzień zmaga się z konsekwencjami obcego sobie konfliktu. Szacuje się, że w czasie kilku lat Amerykanie zrzucili na Laos pond 270 mln bomb (zwykłych i kasetowych). Początkowo, zamiarem było uniemożliwienie ukrywania się i tworzenia baz władzom komunistyczny na sąsiednich terenach. Pod koniec wojny z kolei, ponowny transport niezużytej broni okazał się zbyt kosztowny, w wyniku czego Amerykanie pozbywali się arsenału na słabo zaludnionych i porośniętych dżunglą terenach Laosu. Skutki tego działania nie są trudne do przewidzenia, bo choć od zakończenia wojny minęło już kilkadziesiąt lat to do dziś dzień każdego roku na skutek niewybuchów ginie lub doznaje ciężkich obrażeń kilkadziesiąt do kilkuset osób. W statystykach tych przeważają głównie dzieci i rolnicy, którzy narażeni są na wypadki niemal  przez całe swoje życie. Miasto Phonsavan samo w sobie ma coś smutnego i przerażającego, na każdym kroku bowiem widać ślady znalezionej tam broni. Kawałki bomb, min i pocisków stanowią zarówno elementy wystroju wnętrz jak i fragmenty konstrukcji budynków. Na każdym kroku straszą znaki ostrzegawcze, zakazujące  schodzenia z wytyczonych ścieżek i podnoszenia jakichkolwiek przedmiotów leżących przy drodze. Gdzieniegdzie mijamy tylko rozłożone stanowiska saperów, którzy nieprzerwanie czyszczą najbardziej uczęszczane tereny. Chociaż mówi się, że ta praca może im zająć kolejne 150 lat.

DSC_0139x

DSC_0013x

    Czego nauczył mnie Laos? Dziwne, ale nigdy wcześniej nie uświadomiłam sobie, że tak naprawdę nie potrafię odpoczywać. Uwielbiam być w ruchu, działać, gonić marzenia. Przeraża mnie perspektywa trwania w jednym punkcie i związanej z tym nudy. Wszystko chcę zaczynać od razu, albo teraz albo wcale. Nienawidzę czekać… jak gdybym miała jakiś debet na karcie kredytowej życia.  Ale… może jednak czasem warto się zatrzymać, pobujać się kilka dni w hamaku, patrząc jak dojrzewają banany, zachodzi słońce i płynie rzeka w Mekongu. Nauczyć się nie robić zupełnie nic i znaleźć w tym przyjemność. Pozostaje jeszcze tylko oczyścić swój umysł z kłębiących się niepotrzebnych myśli i będzie nirvana – ale nad tym popracujemy w którymś w buddyjskich klasztorów.

DSC_0049x

DSC_0998x

DSC_1000x

   Moja rada przed przyjazdem do Laosu… wyrzuć zegarek i płyń z prądem laotańskiej egzystencji.

DSC_1006x

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Królik w kapeluszu

DSC_0305x

DSC_0438x

DSC_0507x

   Czasami rzeczywistość odbiega od naszych wyobrażeń. Czasem to co miało być niepowtarzalne i wyjątkowe okazuje się zwyczajnie przeciętne. Zdarza się, że to co zachwyca wielu dla nas nie jest niczym szczególnym. Albo po prostu czasem inaczej definiujemy piękno. Kiedy indziej znowu odwrotnie… to co inni odradzają lub omijają w nas budzi autentyczny zachwyt. Po kilku samodzielnych podróżach przestaliśmy wierzyć w cudowne widoczki na pocztówkach czy w folderach reklamowych i coraz częściej zaczęliśmy szukać miejsc, które turystycznie nie są jeszcze specjalnie popularne. Miejsc, gdzie zamiast wszechobecnych tłumów turystów i sklepów z pamiątkami będziemy mieli możliwość zobaczyć trochę prawdziwego świata, nieskażonego jeszcze tak bardzo masową turystyką. Miejsc, gdzie samemu coś odkryjemy lub zobaczymy bez map, przewodników i utartych szlaków. I choć mieliśmy świadomość, że w Chinach w których żyje prawie 1,5 miliarda ludzi będzie trudno znaleźć miejsca do których nie dotarły jeszcze koparki i buldożery, to jednak postanowiliśmy spróbować.

DSC_0292x

DSC_0297x

   Pierwszym takim miejscem miało być Lugu Lake, czyli niewielkie jezioro położone malowniczo na granicy prowincji Syczuan i Yunnan, ze wszystkich stron otoczone górami. Miła odmiana w głośnych i zatłoczonych Chinach. Dla nas miejsce zaczarowane, gdzie godzinami spacerowaliśmy brzegiem, podziwiając zmieniające się kolory wody i najróżniejsze odcienie otaczającej nas wokoło zieleni. Obserwowaliśmy mieszkańców codziennie wypływających w kanu by ścinać na jeziorze trzcinę, a także dzieci z okolicznych wiosek radośnie taplające się w dosłownie każdej napotkanej kałuży. Znów zostaliśmy dłużej niż początkowo planowaliśmy. Zasłużony błogi relaks… I tylko głośno kumkające żaby dotrzymywały nam towarzystwa w czasie nocnych sesji finałowych meczy mistrzostw. Dwa dni zwlekaliśmy z opuszczeniem tego magicznego miejsca, odkładając decyzję na każdy kolejny dzień ale… jest przecież jeszcze tyle do zobaczenia.

DSC_0334x

DSC_0353x

    Przed wyjazdem zdążyliśmy jeszcze odebrać  maila od naszego chińskiego znajomego, z którym kilka tygodni wcześniej podróżowaliśmy po Karabachu: „Widzę, że jesteście w Chinach. Mam nadzieję, że planujecie jechać do Dali?… bo jeżeli nie to musicie zmienić plany. Dajcie tylko wcześniej znać kiedy się pojawicie to coś wam zorganizuję:)” No cóż… tak się właściwie składa, że Lijang i Dali, czyli dwa miasta z najstarszymi i najpiękniejszymi starówkami w Chinach były zarówno na naszej drodze jak i w naszych planach. Ucieszeni tym faktem opuściliśmy spokojne góry, by 200 km dalej i dziesięć godzin później znaleźć się w samym centrum starego miasta Lijang. Tłoczne uliczki przepełnione głośnymi i robiącymi setki tysięcy zdjęć grupami Chińczyków w połączeniu ze sprzedawcami próbującymi nam wszystko i wszędzie wcisnąć oraz chaotycznymi straganami zapełnionymi najróżniejszym jedzeniem po pewnym czasie okazały się dla nas mocno męczące. Wystarczyło jednak odejść od głównych ulic i zabłądzić w jednej z wielu wąskich i cichych alejek, oświetlonych jedynie blaskiem lampionów by poczuć odrobinę mistyki dawnych Chin. Dali za to zapamiętamy na długo.

DSC_0396x

DSC_0398x

DSC_0403x

DSC_0429x

DSC_0431x

   Na dworcu przywitał nas Juan, czyli najlepszy przyjaciel naszego chińskiego znajomego Shangjuna. Dziwne, ale dosłownie po kilku minutach już wiedzieliśmy, że i tutaj nasz pobyt znacznie się przedłuży. Ostatecznie wydłużył się o ponad tydzień, w czasie którego byliśmy gośćmi Juana, jego dziewczyny i uroczego szczeniaczka o imieniu Małe Szczęście. Po kilku dniach spędzonych w ich hoteliku czuliśmy się jak gdybyśmy znali się od wielu długich lat. Tyle, że to dopiero Chiny więc w pewnym momencie trzeba było ruszyć się dalej. Wyjeżdżaliśmy przez trzy kolejne dni bo albo była tropikalna burza i przez ulice płynęły rzeki albo spóźniliśmy się na autobus a na następny już nie było biletów albo nam się zwyczajnie odechciało. Finalnie Juan zorganizował nam jakieś nadprogramowe bilety na nocnego busa do Jinghong. Wycieczka okazała się jakąś totalną lewizną, bo co kilka godzin przerzucali nas z jednego autobusu do innego. Generalnie pojęcia nie mieliśmy gdzie i kiedy dojedziemy bo tradycyjnie nikt nic nie wiedział a o znajomości języka angielskiego już nawet nie wspominając. Na deser przytrafił nam się jeszcze wypadek, na szczęście na tyle niegroźny że nikomu nic się nie stało i udało nam się nie spaść w przepaść, jednocześnie na tyle groźny że nie mieliśmy możliwości ruszenia dalej. I tym oto sposobem utknęliśmy nocą na dobre kilka godzin gdzieś w środku dżungli. Do Jinghong dotarliśmy wczesnym rankiem i pierwsze co nas uderzyło po wyjściu z autobusu to temperatura i ekstremalna wręcz wilgotność powietrza. Dla niewtajemniczonych, w takim klimacie nawet jak się nie ruszasz to i tak wyglądasz jakbyś właśnie wyszedł spod prysznica i zapomniał się wytrzeć. Mimo temperatury przekraczającej 40 C wszystko masz mokre a zwykły t-shirt po wypraniu schnie jakieś 3 do 4 dni. Najgorzej jak w takich warunkach złapie Cię jakieś przeziębienie… co akurat musiało się tego dnia przytrafić mnie.  Na skutek zarwanej nocy i wysokiej gorączki przez większą część dnia nie byłam w stanie zwlec się z łóżka. Dopiero wieczorem udało nam się zrobić niewielki rekonesans miasta.

DSC_0492x

DSC_0498x

DSC_0579x

DSC_0587x

DSC_0589x

   Plan dnia następnego przewidywał przetransportowanie się 70 km dalej do małej wioski o nazwie Menglun. Tam miał się po nas zgłosić Beng, czyli kameruński biolog kończący właśnie doktorat na jednym z chińskich uniwersytetów. Beng okazał się „królem” regionu Xishuangbanna, gdyż jako jedyny w okolicy czarnoskóry obcokrajowiec potrafił biegle posługiwać się językiem mandaryńskim, co powszechnie wzbudzało zarówno zdumienie jak i zachwyt wśród lokalnej społeczności. I to właśnie dzięki Bengowi przez kolejne dni mieliśmy możliwość mieszkać w samym sercu największego w Chinach ogrodu botanicznego. Tą przyjemność, za którą wszyscy turyści muszą płacić przeszło 15 euro dziennie, my mogliśmy zwiedzać 24h a w dodatku całkiem za darmo. Zakwaterowani byliśmy w niewielkim akademiku w ogrodzie bambusowym, wspólnie ze studentami i doktorantami biologii z kilkudziesięciu różnych krajów. Przy okazji pojawiła się jeszcze możliwość spełnienia kolejnego z moich marzeń dzieciństwa. Od kiedy pamiętam zawsze chciałam podróżować, czyli należeć do grona ludzi którym dane jest z bliska oglądać te niezwykłe krajobrazy na naszej planecie. Bycie biologiem stwarzało według mnie możliwości odkrywania właśnie takich dziewiczych i unikalnych miejsc. Kiedy zatem w czasie którejś rozmowy stwierdziliśmy, że nasz znajomy ma pracę marzeń… Beng zaczął się śmiać.

- Na początku wszyscy tak mówią. Ja uwielbiam swoją pracę, fascynuje mnie to co robię i gdzie jestem. Nikt nade mną nie stoi ani mnie nie kontroluje, ale praca sama w sobie w rzeczywistości nie jest tak kolorowa jak się wszystkim wydaje. Zresztą jak chcenie to mogę was jutro ze sobą zabrać.

- Hmmm…. No pewnie.

DSC_0637x

DSC_0661x

DSC_0670x

DSC_0677x

DSC_0681x

    Następnego dnia o świcie rozpoczęliśmy wycieczkę. Ja oczami wyobraźni widzę przedzieranie się przez dziką dżunglę, podziwianie otaczającej nas przyrody i niezapomnianą przygodę. A jak było, no cóż… Kiedy dojechaliśmy w góry, należało przedostać się kilka kilometrów do jednego ze stanowisk, w którym Beng prowadzi badania. Spacer był nie lada wyzwaniem, gdyż w rzeczywistości okazał się przedzieraniem przez olbrzymie chaszcze. Mokre i śliskie podłoże powodowało że co chwilę lądowaliśmy w błocie. Do tego wszechobecne robactwo, rozmiarów trzykrotnie większych niż to w Europie i chmary gryzących nas bezlitośnie komarów. Bardzo szybko prysł czar i już przestałam żałować, że nie zostałam biologiem. Nie chciałam wyjść na mięczaka, ale szczerze powiedziawszy po czterdziestu minutach miałam już serdecznie dość tej wyprawy. Miałam wrażenie… chociaż nie to nie było wrażenie, że wszystko dookoła nas się rusza i tylko czeka żeby nas dopaść i ugryźć. Panowie składali się ze śmiechu na widok mojej miny kiedy kolejny raz plątałam się w wielkich pajęczynach.

- Gosia, don’t worry… pająki nic Ci nie zrobią… bardziej uważaj na węże i stonogi! – nabijał się asystent Benga.

   Resztę czasu spędziłam tłukąc komary i odganiając od siebie latające, pełzające lub spadające z drzew robale. Tyle jeżeli chodzi o podziwianie przyrody… zresztą w poszyciu lasu i tak niewiele było widać. Do tego gryzące czerwone mrówki, które dopadły mnie jak tylko usiadłam na kawałku pnia, mokre od wilgoci ubranie i po chwili marzyłam żeby już znaleźć się jak najdalej stąd.

DSC_0702x

DSC_0706x

DSC_0803x

DSC_0810x

   Druga część dnia spędziliśmy na jednej z plantacji lateksu, gdyż praca naszego biologa polega właśnie na badaniu wpływu zmiany ekosystemu lasów na liczebność owadów. Jak się dowiedzieliśmy kilkadziesiąt lat temu lateks był w Chinach bardzo poszukiwanym i cennym składnikiem. Z tego powodu zaczęto masowo wycinać naturalną dżunglę i tworzyć kauczukowe plantacje. Dziś, kiedy plantacje te zastąpiły niemal całkowicie naturalną florę większości południowych Chin ich cena znacznie spadła i dla wielu ludzi uprawa przestała być opłacalna. Niestety, zniszczone w ten sposób naturalne środowisko raczej już nie powróci do swojego pierwotnego stanu.

DSC_0771x

    Na lunch przewodnik przyniósł nam arbuza, którego próbowaliśmy zjeść zanim z okolicy zlecą się wszystkie owady. Tym razem zastanowiła mnie jeszcze jedna rzecz, a mianowicie że jeszcze nigdy w Chinach nie trafiłam na pestkę w arbuzie. „Chińczykom przeszkadzały pestki to zmodyfikowali  je genetycznie i teraz mają arbuzy bez pestek – tłumaczy Beng. Zresztą tutaj wszystko jest sztuczne… za dużo ludzi a za mało jedzenia. Dlatego wszystko musi być większe i rosnąć szybciej. Ryż, owoce czy mięso…. nic nie jest naturalne. Dobrze dla was, że nie jesteście tu za długo. Zresztą pewnie sami zauważyliście, że Chińczycy nie przywiązują uwagi do zdrowego odżywiania.” No, coś w tym jest skoro na sklepowych półkach można nawet znaleźć pakowane gotowane jajka, wśród przypraw obok soli i pieprzu najczęściej stosowany jest polepszacz smaku i cały naród nałogowo zajada zupki chińskie.

DSC_0701x

DSC_0736x

   Późnym popołudniem, odwozimy próbki do laboratorium i wracamy do ogrodu. Po drodze nasz przewodnik i kierowca (chociaż absolutnie żaden z tych tytułów mu się nie należy) zdążył jeszcze zakopać nasz samochód w metrowym błocie. Brudni, podrapani i pogryzieni, wierzymy jednak, że poza kilkoma siniakami i uporczywym swędzeniem nie czeka nas już żadna inna przykra niespodzianka jak  np.; malaria czy denga.

DSC_0749x

DSC_0741x

   Następnego dnia rano mieliśmy w planach wyruszyć w stronę granicy z Laosem, ale i tym razem przeznaczenie zdecydowało, że musimy zostać z Bengiem trochę dłużej. Mnie niestety w czasie ulewy przytrafia się mały upadek… stłuczony kręgosłup na jakiś czas uniemożliwia założenie 15 kg plecaka, do tego wraca zbagatelizowane wcześniej przeziębienie. Tym razem się poddaję i decyduję na antybiotyk, w końcu nawet on już bardziej osłabić mnie nie może. Ostatnie dni odpoczywamy, w dzień oglądając różne roślinki w ogrodzie botanicznym a wieczorami spotykając się ze znajomymi Benga, jak to wśród prawdziwych studentów przystało.

DSC_0816x

DSC_0817x

DSC_0824x

DSC_0835x

   Cóż zatem możemy powiedzieć po sześciu tygodniach spędzonych w Chinach. Smutne, że ten niezwykły kraj w swoim zwariowanym pędzie do rozwoju i nowoczesności zatracił niemal całą wielowiekową tradycję i kulturę.  Coś czego już nigdy i za żadne pieniądze nie będą w stanie przywrócić ani odbudować. Niestety w dzisiejszych czasach Chinom zdecydowanie brakuje charakteru prawdziwych Chin….

DSC_0833x

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Chiny – w krainie kwitnącego lotosu

DSC_0406x

DSC_0413x

     Wtorek… dla niektórych koszmar początku tygodnia, dla nas kolejny „normalny” dzień w podróży. Zegarek pokazuje godzinę 11.15, Rafał z Yuanem głowią się nad zamontowaniem w ogródku projektora, a ja bujam się leniwie na huśtawce i próbuję zapamiętać ten moment. Chcę uchwycić zapach czarnej kawy i słodki smak świeżego mango, soczysty kolor otaczającej mnie zieleni i melodię uspokajającej  muzyki, która dobiega nie wiadomo skąd. To jest właśnie jedno z tych miejsc w którym czuję się dobrze…. Naprawdę dobrze.

DSC_0004x

     Jesteśmy w Dali, czyli „miasteczku” na południu Chin w prowincji Yunnan, do którego zamierzaliśmy wpaść przejazdem, na jeden dzień. Dzisiaj mija szósty dzień odkąd tu zawitaliśmy  i wcale ale to wcale nie czujemy potrzeby żeby  wyjeżdżać. Dziwne, jako że prawie miesiąc temu gotowa byłam opuścić Chiny pierwszym możliwym samolotem i nigdy więcej tutaj nie wracać. Dlaczego? Zacznijmy od początku.

DSC_0308x

     Pierwsze przygody zaczynają się jeszcze na granicy, kiedy celnicy wyraźnie nami zainteresowani  postanawiają dokładnie przyjrzeć się zawartości naszych plecaków. Trwa to dobrze ponad godzinę i budzi nasze absolutne zdumienie skoro chwilę później bagaże tak czy inaczej są skanowane. Mniejsza z tym, siedzimy w jakimś pomieszczeniu, a przed nami kilku Chińczyków zawzięcie przekopuje się przez nasze torby, co chwilę pokazując nam coś z pytającym wyrazem twarzy. Początkowo nas to śmieszy, no bo w sumie jak wytłumaczyć chłopakom „bateria słoneczna” albo po co nam 15 opakowań Doxycykliny nie znając mandaryńskiego. Szczególnie, że jeżeli chodzi o znajomość jakiegokolwiek innego języka przez celników to ogranicza się ona jedynie do kilku angielskich słów. Z każdą minutą, pokój coraz bardziej się zapełnia i cała grupa przekrzykuje się próbując sklecić jakieś logicznie brzmiące angielskie zdanie. Ostatecznie, po mało ambitnej konwersacji na zasadzie „Kali jeść, Kali pić” Chińska Republika Ludowa wie o nas prawie wszystko. Otrzymujemy pieczątkę wjazdową i ruszamy do pierwszego miasta oddalonego od granicy o jakieś 30 km.

DSC_0312x

      Na Chiny nie byliśmy przygotowani. Wjechaliśmy całkowicie na „ślepo”, bez mapy, bez przewodnika i bez komputera. Przez ostatni tydzień w Kazachstanie nie mieliśmy dostępu do Internetu, więc priorytetem było dostanie się do miasta i opracowanie planu na kolejne dni. I normalnie taki plan wszędzie by się sprawdził…. Ale nie w Chinach. Dlaczego? Otóż prowincja Xinjiang, w której się znajdujemy jest regionem dość specyficznym. To region autonomiczny, w większości zamieszkiwany przez ludność Uyghur, która od wielu lat pozostaje w otwartym konflikcie ze stale napływającą ludnością chińską. Z uwagi na niestabilną sytuację i sąsiedztwo z obszarami problematycznymi; takimi jak: Pakistan, Afganistan, Mongolia, Kaszmir i Tybet jest to teren o podwyższonym stopniu zagrożenia terrorystycznego w związku z czym z racji bezpieczeństwa jest on objęty specjalną strefą ochrony. Niby dobrze… Ale co to znaczy? Mniej więcej tyle, że wszyscy robią dokładnie wszystko żeby utrudnić Ci podróżowanie. W dużym skrócie… nic Ci nie wolno. Trzy godziny zajmuje nam znalezienie noclegu. Ceny wcale nie są niskie a miasto nie jest małe. Niedługo później dowiadujemy się, że bez posiadania chińskiego ID nie możemy także skorzystać z Internetu. Rafał zaczyna się śmiać:

-Gosia, my tu zginiemy!

     Jedyne co tak naprawdę wiemy, to że jak najszybciej musimy się dostać do stolicy regionu. Następnego dnia wieczorem udaje nam się kupić bilety na nocny autobus do Urumqi. Kilkanaście godzin później i 800 km dalej jesteśmy na miejscu. Tylko gdzie są Chiny ja się pytam?! Zamiast uroczego, tradycyjnego chińskiego miasta widzimy, kilkupasmowe autostrady, wielopoziomowe wiadukty i szklane wieżowce. Wszystko się świeci i błyszczy niczym w Las Vegas. I nawet na rowerach nikt już nie jeździ. Chwilę później kolejne rozczarowania: osobne hotele dla chińczyków a inne, droższe dla turystów, żadna Polska strona internetowa nie działa nawet na lokalnych komputerach,  a na część do naszego laptopa musimy czekać cztery dni i nikt, absolutnie nikt ze spotkanych przez nas ludzi nie mówi po angielsku. Ja mam pierwszy w podróży kryzys i zaczynam narzekać, że mnie się w tych Chinach  wcale nie podoba i jak to dalej ma tak wyglądać to ja od razu chcę jechać do Wietnamu.

DSC_0334x

     Cztery dni później odbieramy naprawiony komputer i decydujemy się jechać do miasta Xian. Dotarcie na dworzec kolejowy okazuje się w miarę proste mimo, że nikt nie rozumie tego co mówimy więc każdy pokazuje drogę w innym kierunku.  Za  to kupienie biletów….. pociąg do Xian jedzie ponad 80 godzin a cena za miejsce siedzące w najniższej klasie to ponad 50 euro.

- Nie wiem jak ty, ale ja nie mam zamiaru siedzieć w pociągu 3,5 dnia. Idę znaleźć bilety na samolot. – słyszę od Rafała.

   Wieczorem siedzimy w samolocie…. Cena prawie taka sama jak za pociąg, tyle, że na miejscu jesteśmy jeszcze przed świtem! Xian, będące jedną z dawnych stolic Chin mocno nas zaskakuje… pozytywnie. Podobają nam się pagody, przepięknie oświetlone mury otaczające miasto i niesamowicie klimatyczna dzielnica muzułmańska. Mniej urokliwa i zdecydowanie bardziej kosztowna okazuje się główna atrakcja miasta czyli Armia Terakotowa. Cały dzień poświęcamy na zwiedzanie i zaczynamy mieć pierwsze opinie na temat tego kraju. Rozumiemy, że to już nie są Chiny jakie sobie wyobrażaliśmy, czyli bogate w tradycję i naturalne piękno za to z ubogim standardem życia społeczeństwa. W XXI wieku Chiny to już nie biedna Azja, teraz…. Chiny to potęga. Spacerując ulicami starego miasta odnosimy wrażenie że łatwiej tu znaleźć sklep Diora czy Louis Vuitton niż bazar z tanią odzieżą… tak bardzo popularną w Europie. Razi nas kontrast, gdzie obok zabytkowych budynków stoi KFC czy Starbucks.

DSC_0339x

DSC_0350x

DSC_0345x

   Późnym wieczorem kupujemy bilety do Chengdu. Teraz czeka nas 16-godzinna podróż chińskim pociągiem. Bogaci w indyjskie doświadczenia podchodzimy do tej podróży z dużą rezerwą, ale warunki okazują się całkiem przyzwoite. Każdy pasażer ma przydzielone miejsce, więc nie trzeba walczyć o wolne siedzenia ani stać w przejściu. Jedyne co jest dla nas problematyczne to typowe dla Chińczyków charchanie, plucie i śmiecenie gdzie popadnie. Po kilku godzinach przedział zaczyna przypominać śmietnisko z walającymi się pod nogami papierkami, słonecznikiem, makaronem i obgryzionymi kośćmi kurczaka. Tyle, że nikomu oprócz nas to specjalnie nie przeszkadza. Każdy jest po prostu zbyt wpatrzony w swojego tableta lub Iphona.

DSC_0031x

   W Chengdu spotykamy się z Andym, który przez dwa dni oprowadza nas po mieście. Mamy okazję odwiedzić rezerwat pand, czyli leniwych, biało-czarnych „miśków”, w których zakochujemy się od pierwszego wejrzenia, stare miasto, gdzie poznajemy lokalne tradycje a nawet Chiński Mur!

- Chcecie zobaczyć Chiński Mur? – pyta Andy

- No ale przecież on jest prawie tysiąc kilometrów stąd?!

- Oryginalny tak, ale w górach niedaleko miasta jest zbudowany drugi… taki dla turystów. Nie jest co prawda tak długi jak prawdziwy ale wygląda identycznie. To co chcecie?

- Pewnie.

DSC_0058x

DSC_0452x

DSC_0476x

DSC_0519x

DSC_0534x

       Przez dwa dni mamy także możliwość próbowania kilkudziesięciu potraw chińskiej kuchni i ku naszemu zdumieniu jest ona naprawdę wyjątkowo dobra. Wbrew pozorom w Chinach nikt nie jada kotów, psów ani szczurów… wyjątek stanowi jedynie prowincja Guangdong, w której je się dosłownie wszystko co tylko nie ucieka z talerza. My za to delektujemy się zupą z żółwia, rakami, kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym i smażonymi warzywami. I nawet sztuka jedzenia pałeczkami nie okazuje się aż taka trudna… nawet ryżu. Chociaż mnie zajmuje trochę czasu przyzwyczajenie się do ostrości większości potraw. Prowincja Syczuan słynie bowiem z wyjątkowo pikantnej kuchni. Przekonujemy się o tym niebawem, kiedy Andy zabiera nas na popularny Hot Pot, czyli podgrzewany kociołek z mięsem, warzywami i bardzo specjalnym sosem… Ja po pierwszym kawałku mięsa wypijam butelkę wody mineralnej a po drugim się poddaję. Rafał walczy dalej z pokerową miną. Moją uwagę przykuwają dzieci pałaszujące bez wzruszenia ta samą potrawę  przy sąsiednim stoliku. A kiedy dowiaduję się, że nasze danie było zaledwie średnio-ostre to zaczynam się zastanawiać czy oni przypadkiem nie mają już wypalonych kubków smakowych.

DSC_0068x

DSC_0255x

   W międzyczasie poruszamy jeszcze z Andym temat pracy, zarobków i standardu życia w teraźniejszych Chinach. I tu kolejny szok…

- Wiem, że pewnie tak jak wszyscy na Zachodzie myśleliście, że ludzie w Chinach pracują po kilkanaście godzin na dobę za miskę ryżu. Ale tak nie jest… tzn. już nie. Przez kilkadziesiąt ostatnich lat nasz kraj bardzo się zmienił. Kiedyś rzeczywiście ludzie byli bardzo biedni ale teraz jest inaczej. Nie ma problemów z pracą, każdy kto chce pracować może znaleźć coś dla siebie. Ludzie mają coraz więcej pieniędzy i na coraz więcej rzeczy mogą sobie pozwolić. Kiedyś nie mieli środków nawet na jedzenie, więc podstawą żywienia był ryż, ponieważ był tani i łatwo dostępny a teraz… mięso, owoce morza… wszystkiego mają pod dostatkiem. Oczywiście są od tego wyjątki i niektórym ludziom wciąż doskwiera bieda ale bynajmniej nie jest to reguła. W obecnych czasach wszyscy za wszelką cenę próbują przewyższyć Zachodnie standardy. Ludziom nie jest źle, dlatego nie narzekają nawet na system komunistyczny. Po prostu, w ich opinii wszystko idzie w dobrym kierunku dlatego nie widzą potrzeby zmian. Chociaż w sekrecie powiem wam, że Chińczycy a szczególnie Ci mieszkający w prowincjach Syczuan i Yunnan są w większości bardzo leniwi i nie lubią się zbytnio przepracowywać. Chcecie wiedzieć jak wygląda typowy obraz Chińczyka w XXI wieku to spójrzcie na mojego tatę – mówi Andy.

  Tata naszego przyjaciela właśnie  siedzi przed komputerem grając w pokera, pali papierosa i co jakiś czas przegryza świeżym liczi. Hmmm…. rzeczywiście nie takie mieliśmy wyobrażenia o Chinach.

DSC_0213x

   Co do tego lenistwa to chyba rzeczywiście coś w tym jest, bo bez przerwy mijamy ludzi śpiących gdzie popadnie, tj; na ławkach, przystankach, murkach czy w rikszach. Często natrafiamy też na policjantów „na służbie” pochowanych w różnych dziwnych miejscach grających na Iphonach lub ucinających sobie krótką drzemkę. Zresztą o policji w Chinach możnaby napisać osobną książkę. Przypomina mi się sytuacja kiedy na olbrzymim skrzyżowaniu w centrum miasta policja kieruje ruchem, czyli w skrócie: trzech policjantów, których nikt nie słucha,  ogromny korek, jakaś stłuczka, jakaś kłótnia, każdy trąbi a na samym środku spaceruje pan z miotełką i sprząta śmieci. Sytuacja nr dwa: policjant kieruje ruchem, po czym dzwoni mu komórka, więc siada na chodniku i zaczyna dyskusję. A jak potrzebujesz od niego jakiś informacji to albo musisz poczekać pół godziny albo po prostu na niego krzyknąć… wtedy albo się wkurzy i Ci pomoże albo machnie ręką żebyś się odczepił.

DSC_0111x

   Wracamy do nas… bo właśnie jedziemy zobaczyć największy na świecie posąg Buddy.  Na miejscu, czyli w Leshan spotykamy się Just (ponieważ nie jesteśmy w stanie wymówić jego chińskiego imienia tak go nazywamy). Just jest programistą komputerowym jednej z sieci chińskich banków a także wyjątkowym artystą, bo jego mieszkanie jest najlepiej urządzonym apartamentem w jakim kiedykolwiek byliśmy. Wieczorem idziemy na obiad, za który właściciel restauracji nie chce od nas pieniędzy…. No to coś nowego w Chinach!  W międzyczasie płyniemy także łódką na sąsiednią wyspę zobaczyć sławnego Buddę, którego postać była podobno rzeźbiona w skale prawie 100 lat, ale dochodzimy do wniosku, że posąg lepiej wygląda na pocztówce niż w rzeczywistości.

DSC_0128x

      Następnego dnia rano, po tropikalnej ulewie, która dwukrotnie w nocy nas obudziła, wspólnie z siostrą Justa idziemy na długi spacer po parku, który okazuje się niczym innym jak kawałkiem dżungli w centrum miasta. Ostatni punkt programu tego dnia to Ancient City, czyli antyczne miasto zbudowane w 2012 roku… dla turystów. I chodź miasteczko jest urocze, bo każda uliczka przypomina kadr w filmu „Dom latających sztyletów” to jednak brakuje w nim duszy, czyli jakiejkolwiek historii.

DSC_0551x

DSC_0102x

     Z każdym dniem zaczynamy coraz mniej rozumieć chińskie pojęcie turystyki. Szokuje nas mentalność ludzi, którzy godzą się na zburzenie kilkusetletnich budynków aby na ich miejsce postawić ich nowsze, ładniejsze wersje. Irytuje, że próbują nas oszukać, oferując wstęp do świątyni liczącej 2000 lat, która w rzeczywistości jeszcze kilka lat temu nie istniała. Ale najbardziej przeraża, że prawie każde bogate krajobrazowo miejsce w Chinach jest przygotowane na masową turystykę. Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że do każdego parku narodowego czy krajobrazowego, na każdą górę  i do każdego jeziora możesz dojechać samochodem, autobusem lub kolejką. Wszędzie są hotele, restauracje i inne udogodnienia. Tak żebyś przypadkiem za bardzo się nie zmęczył. Nam zdecydowanie taki rodzaj turystyki nie odpowiada, szczególnie że wszystkie bilety wstępu mają bardzo wygórowane ceny a wszędzie błąkają się tłumy ludzi.

DSC_0018x

DSC_0225x

     Omijamy zatem popularne chińskie parki narodowe i jedziemy nad najspokojniejsze w tym regionie jeziorko Lugu Lake. Po drodze zatrzymujemy się  na dwa dni w Xichang. Mieszkamy wspólnie z kilkuosobową rodziną naszej koleżanki Yat Man. Yat mieszka tutaj od niedawna a pochodzi z Hong – Kongu. Samotnie zwiedziła całe Chiny a następnie przez rok podróżowała po Ameryce Południowej dzięki czemu bardzo obiektywnie postrzega swój kraj… z wszystkimi jego zaletami i wadami. Mamy zatem wyjątkową okazję zweryfikować niektóre nasze spostrzeżenia. Yat postanawia nam także pokazać odrobinę starych, oryginalnych Chin i w tym celu zabiera nas na mały, zapomniany i zupełnie nieturystyczny targ. I to jest właśnie to czego szukaliśmy. Dzień kończymy popijając Baijiu, czyli Chińskie białe wino, które przegryzamy ziarnami Lotosu. A tysiące Lotosów kwitną właśnie tuż za oknem. Czy natura może stworzyć coś piękniejszego?

DSC_0407x

DSC_0571x

DSC_0154x

DSC_0394x

Cdn….

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Płonące stepy Kazachstanu

        Jak w jednym słowie określić Kazachstan?… Przestrzeń!

DSC_0036x

     Dokładniej, ogromna i niewyobrażalna przestrzeń. Setki, a nawet tysiące kilometrów, gdzie jedyną zmienną jest kamień lub roślinka. Prosta droga w większości off-roadowa, która bezlitośnie ciągnie się aż po horyzont. Kazachstan to także skrajny klimat, piekielnie upalne lato i  uciążliwie mroźna zima. Ponadto setki hektarów stepów, na których żyją bardzo głodne i bardzo agresywne wilki. Stepów, które czasem pod wpływem wypadku lub ludzkiej głupoty płoną. Ale Kazachstan ma na tej ogromnej powierzchni poukrywane także pewne unikatowe perełki… i o poszukiwaniu tych właśnie skarbów będzie ten wpis.

DSC_0050x

DSC_0149x

DSC_0014x

     U Kazachów spędziliśmy niewiele ponad dwa tygodnie, w czasie których przebyliśmy kilka tysięcy kilometrów. Niby dużo, a w gruncie rzeczy zobaczyliśmy zaledwie maleńki procent tego kraju. Skoncentrowaliśmy się szczególnie na południowo-wschodniej części Kazachstanu, gdyż wydawała nam się najbardziej różnorodna, dzięki czemu nie mieliśmy okazji tak bardzo znudzić się stepową monotonią.

DSC_0244x

    Zaraz po przekroczeniu granicy z Kirgistanem dotarliśmy do miasta Kegen, gdzie na posterunku Policji Imigracyjnej próbowaliśmy załatwić meldunek. Meldunek zwany inaczej rejestracją jest w Kazachstanie obowiązkowy i o ile na lotniskach dostaje się go od ręki o tyle przekraczając granice lądem trzeba się o niego osobiście pofatygować. Na otrzymanie odpowiedniej pieczątki każdy turysta ma zaledwie 5 dni, wliczając weekendy.  W razie nie dopełnienia meldunku karą jest deportacja z Kazachstanu i wysoka kara finansowa za każdy dzień zwłoki. Zatem po godzinie szukania odpowiedniego budynku w Kegen i kolejnych dwóch godzinach czekania na jakiegoś specjalnego urzędnika (Uwaga! Gość przyjechał do pracy o 19 specjalnie dla nas!!!) okazało się, że niestety rejestrację musimy załatwić w Almaty. I tym optymistycznym akcentem o 20 postanowiliśmy łapać stopa właśnie do Almaty.

DSC_0037x

DSC_0076x

DSC_0103x

DSC_0065x

    Jak to jednak w życiu bywa, do celu dojechaliśmy dopiero cztery dni później. Dlaczego? No cóż… los miał dla nas inną niespodziankę. Dokładnie w momencie, kiedy zaczynało się robić ciemno i zdecydowaliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu, zatrzymał się samochód. W ten oto sposób poznaliśmy Suiindika, dzięki któremu dane nam było zobaczyć prawdziwy Kazachstan. Przez trzy wspaniałe dni byliśmy gośćmi w jego rodzinnym domu. Zagubiona w górach maleńka wioska, w której ludzie w dalszym ciągu są samowystarczalni (obowiązuje sąsiedzka wymiana dóbr tj. mleka, serów, mięsa, jaj, warzyw, owoców, a nawet gotowych przetworów) była dla nas niemal magiczna. Całodniowy piknik w jurcie pośrodku lasu, doskonałe jedzenie i najlepsze w życiu maliny to tylko niektóre z rzeczy, które będziemy jeszcze długo, długo wspominać. Pamiętać będziemy jeszcze jedną rzecz a mianowicie malowniczy, położony w okolicy, Kanion Czaryński, który słusznie porównywany jest do wielkiego kanionu w Colorado.

DSC_0019x

DSC_0033x

    W niedzielę, późnym wieczorem dotarliśmy do największego miasta Kazachstanu czyli Almaty, w którym spędzamy kilka leniwych dni. Na początku załatwiamy oczywiście meldunek i tu kolejny „suprise” bo nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności nasz nowy kolega zna jakąś szychę w urzędzie Policji Imigracyjnej, więc pieczątkę załatwiamy niemal od ręki (chyba naprawdę coś nad nami czuwa!). Ze spokojnym sumieniem przez resztę czasu cieszymy się studenckim życiem miasta… no i mistrzostwami oczywiście! Almaty zaskakuje nas nowoczesnością, otwartością, interesującymi ludźmi i dobrą kawą.

DSC_0116x

DSC_0194x

    Ostatecznie, z ciężkim sumieniem decydujemy się ruszyć dalej. Wybieramy opcję hard, czyli do następnego przejścia granicznego mamy jakieś 2,5 tysiąca kilometrów, a ponieważ przed nami głównie stepy… zapowiada się gorąco.

DSC_0132x

DSC_0148x

    Całość trasy zajmuje nam ponad tydzień. Po drodze trafia nam się jeszcze możliwość zobaczenia Parku Narodowego Altyn Emyl i kąpieli w jeziorze Ala-Kol, które słynie z uzdrawiających właściwości. Wypoczęci i zregenerowani (na koniec była jeszcze prawdziwa rosyjska bania… czyt. sauna) kontynuujemy podróż. Cóż można napisać… po Kazachstanie wożą nas głównie kierowcy tirów, którzy naprawdę wyjątkowo o nas dbają; karmią szaszłykami, pokazują ciekawe miejsca i za każdym razem pomagają w znalezieniu niedrogiego noclegu. Naprawdę jesteśmy jednak pod wrażeniem, kiedy dostrzegamy jak dbają o nasze bezpieczeństwo. Zostawiając nas w jedynej przydrożnej gościenicy w okolicach Georgiyevki, ostrzegają że to bardzo niebezpieczna okolica, proszą o zamknięcie się w pokoju i niewychodzenie po zmroku. I z samego rana dzwonią, pytając czy wszystko w porządku. Wooow!!!

DSC_0242x

DSC_0300x

   Tak na marginesie w obecnych czasach szlak jedwabny mógłby swobodnie przyjąć nazwę szlaku narkotykowego, bo od czasów antycznych zmieniły się tylko środki lokomocji i transportowany towar. I choć ani w Kirgistanie ani w Kazachstanie widok rosnących często, gęsto konopi nikogo nie dziwi, to wciąż oficjalnie jest to produkt zakazany. Biorąc jednak pod uwagę słynną Dolinę Czujską, która jest istnym narkotykowym eldorado mamy wrażenie, że dla wielu Kirgizów i Kazachów marihuana jest traktowana niemal jak przyprawa, a także dodatkowe źródło dochodu.

DSC_0249xx

DSC_0301x

DSC_0258x

   Wracając do tematu… docieramy wreszcie do granicy. Tu się z kolei dowiadujemy, że owej granicy nie można przekraczać pieszo. Jedyną opcją jest skorzystanie z płatnego autobusu, który może nas przewieźć na drugą stronę. Mało tego, autobus odjeżdża najwcześniej za sześć godzin. Cała granica żyje jakimś swoim dziwnym trybem, raz jest otwierana, potem na kilka godzin zamykana, celnicy albo śpią, albo dyskutują z ludźmi przez szlaban… istny cyrk! Bezskutecznie próbujemy wymusić na celnikach, żeby wsadzili nas do jakiegoś przejeżdżającego samochodu. Trzy razy zadają pytanie skąd jesteśmy. Za ostatnim razem odpowiadamy, że z Kongo (no przecież z polskim paszportem to logiczne) i odpuszczamy. Po południu otwiera się dla nas przejście i około godziny 16 dostajemy od Kazachów pieczątkę wyjazdową. Ponieważ jesteśmy jedynymi turystami, zostajemy jeszcze poproszeni przez naczelnika o przejście do osobnego pomieszczenia, gdzie przez  ponad godzinę połowa obsługi granicy z zaciekawieniem ogląda nasze zdjęcia i słuch relacji z podróży. Przez cały dzień obija nam się także o uszy historia podróżującego tędy Francuza…. ale do dzisiaj nie wiemy czy był on tam wczoraj czy kilka lat temu… może właśnie staliśmy się legendą :)

DSC_0299x

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Kirgistan – powrót do zimy

DSC_0123x

DSC_0124x

     Lubić Kirgistan to lubić góry. Inaczej się nie da! Dlaczego….? No cóż, tak się składa, że ponad 90% powierzchni tego kraju znajduje się właśnie w górach.

     Dla nas brzmiało to jak ziemia obiecana i tak też było. Prawie….

DSC_0143x

DSC_0153x

     Od początku… Do stolicy Kirgistanu – Biszkeku przylecieliśmy Aeroflotem z Moskwy, a właściwie z Erywania tyle, że z przesiadką w Rosji. Na miejscu  zameldowaliśmy się w zarezerwowanym wcześniej hostelu i zrobiliśmy sobie dzień wolnego. W poniedziałek złożyliśmy w ambasadzie Kazachstanu dokumenty wizowe, przepakowaliśmy plecaki i z kwitkiem upoważniającym do odbioru paszportów w piątek (z wizą lub bez) ruszyliśmy w góry. Nasz wybór padł na położony niedaleko stolicy Park Narodowy Ala Archa. Miało być miło, spokojnie i przyjemnie, a ostatecznie wylądowaliśmy na czterotysięczniku. Decyzja była spontaniczna bo co prawda planowaliśmy dłuuuugi spacer doliną, aż pod oddalony o kilkanaście kilometrów lodowiec  ale w gruncie rzeczy nie miało to być nic ambitnego. Sytuacja się zmieniła kiedy po drodze zawinął nas wycieczkowy autobus. Tak się złożyło że był to autokar jednej z agencji trekkingowej i że jeden z przewodników szedł właśnie na wspomniany wcześniej szczyt sprawdzić warunki pogodowe. Nie mieliśmy nic do stracenia…. Zdecydowaliśmy, że mimo iż nie mamy sprzętu zimowego spróbujemy wejść dokąd się da. Przecież właśnie zyskaliśmy prywatnego przewodnika! Późnym popołudniem rozbiliśmy biwak w okolicach wodospadu i bardzo długo wymienialiśmy podróżnicze doświadczenia. O świcie, lekko niewyspani (spaliśmy na skałach więc było trochę twardo) ruszyliśmy zdobywać szczyty. Przed godziną 10 odmeldowaliśmy się w schronisku na wysokości 3200 m n.p.m. Byliśmy sporo przed sezonem turystycznym dzięki czemu schronisko mieliśmy na wyłączność. Szybko ugotowaliśmy śniadanko, rozstawiliśmy namiot, w którym zostawiliśmy część bagaży i ruszyliśmy w górę. Przy okazji otrzymaliśmy jeszcze propozycję lotu helikopterem do Biszkeku, ponieważ pilot po dostarczeniu sprzętu do schroniska właśnie tam wracał, ale jednogłośnie stwierdziliśmy, że wolimy jeszcze posiedzieć w górach. Tak swoją drogą stop helikopterem to byłoby coś! Nie żałujemy…. Przez cały bowiem dzień dreptaliśmy pokonując ponad 1000 m wysokości i podziwiając niesamowite widoki: po prawej jęzor ogromnego lodowca, po lewej poszarpane szczyty i skalne rumowiska. Na całej drodze nie spotkaliśmy dosłownie nikogo i jedynie huk lawin schodzących w okolicznych dolinach co jakiś czas przerywał błogą ciszę.

DSC_0175x

DSC_0177x

DSC_0199x

DSC_0201x

DSC_0203x

     Trzy dni później wróciliśmy do stolicy. Paszporty ze świeżutką wizą już na nas czekały. Pozostało tylko zweryfikowanie naszych planów trekkingowych… niestety w górach wciąż panowały surowe zimowe warunki przez co większość przełęczy, a nawet dróg  była zwyczajnie niemożliwa do przebycia, szczególnie bez odpowiedniego sprzętu. Pierwszym celem było Son Kul – malownicze jeziorko, położone na wysokości 3000 m n.p.m. ze wszystkich stron otoczone górami. I wszystko byłoby wspaniale gdybyśmy tylko sprawdzili wcześniej jaka jest odległość od głównej drogi do jeziora. Bo kiedy już wysiedliśmy pośrodku nibylandii i zobaczyliśmy znak 50 km to zwyczajnie zwątpiliśmy. Wyboru za wielkiego jednak nie było… ile damy radę tyle idziemy. W plecakach zapas jedzenia na jakieś 3-4 dni więc warto było chociaż spróbować.

DSC_0248x

DSC_0249x

DSC_0252x

DSC_0256x

DSC_0258x

     Małymi kroczkami… czasem pieszo, czasem nas ktoś podwiózł kilka kilometrów… około 17 dotarliśmy do końca doliny skąd zaczynało się podejście na przełęcz. W promieniach słońca, na zielonej trawce rozstawiliśmy nasz przenośny apartament, ugotowaliśmy obiad i poszliśmy spać. Obudziło nas ciepłe słoneczko albo może kapiąca na nosy woda… Jakimś czarodziejskim sposobem w ciągu nocy nasz namiot zamienił się w igloo. A zamiast zielonej trawki wszędzie dookoła leżała gruba warstwa śniegu. Pierwszy z namiotu jak zawsze wygramolił się Rafał:

- Nie uwierzysz?!

- Co?

- Wielka kudłata krowa (czytaj Yak) zlizuje nam wodę z namiotu!

DSC_0268x

DSC_0273x

DSC_0271x

      Jak się okazało nie jedyna…. Do dzisiaj nie mamy pojęcia jakim cudem nie słyszeliśmy ponad 50 yaków przechodzących kilkadziesiąt centymetrów od naszego miejsca. Szybko odkopaliśmy namiot, spakowaliśmy plecaczki i ruszyliśmy zdobywać przełęcz. Niestety jakieś 20 minut później załamała się pogoda… tzn. na dolinę naszła mgła, która w jednej chwili ograniczyła widoczność do odległości wyciągniętej ręki. Mało tego temperatura drastycznie spadła i ponownie zaczął sypać śnieg. Kolejny raz stanęliśmy przed decyzją co robimy dalej….  Poszliśmy przed siebie, kierując się bardziej przeczuciem aniżeli drogą. Ostatecznie na przełęcz dotarliśmy, a naszym oczom ukazała się słoneczna dolinka porośnięta świeżą trawką z niebieskim jeziorem pośrodku. No po prostu bajka. Tyle, że tym razem bez lukrowanego zakończenia. Powrót zaplanowaliśmy drugą stroną jeziora, szlakiem bliżej nieokreślonym. Sprawa była o tyle kiepska, ze jedzenia mieliśmy jeszcze na jakieś 2 dni, i tyle w najlepszym razie potrzebowaliśmy na dotarcie do głównej drogi. Najgorsze jednak, że zejście alternatywnym szlakiem było mocno niepewne i nie mieliśmy pewności czy nie będziemy musieli się cofać. Adrenalina wygrała. Po całym dniu dreptania na drugą stronę jeziora, w niemożliwie palącym słońcu oboje zaczęliśmy odczuwać jego skutki, ja dodatkowo zaczęłam widzieć podwójnie. Rozbiliśmy namiot nad brzegiem strumyczka i poszliśmy spać. Rano na szczęście nie było słońca a na nieszczęście przyszła zamieć śnieżna. W godzinę cała dolina pokryła się śniegiem i mgłą. Nie znając drogi i nie widząc niczego utknęliśmy. Z każdą minutą warunki się pogarszały. Nie było sensu iść nie widząc co jest metr przed nami, z kolei nierobienie nic też niczego nie rozwiązywało. Zdecydował za nas los, oferując  jedno przejeżdżające auto (jedyne w ciągu dwóch ostatnich dni), które zwoziło towar z jurty do miasta.

DSC_0306x

DSC_0313x

DSC_0315x

      Kolejna weryfikacja planu: odpuszczamy rejon Batkenu bo niestety na dłuższe trekkingi trochę za wcześnie i jedziemy sprawdzić temperaturę wody w jeziorze Issyk Kul. Woda zimna więc kilka dni później docieramy do Karakolu. Odwiedzamy bazar, kupujemy prowiant na kolejne dni, regenerujemy siły i wspólnie z parą Francuzów ruszmy na następny trek. Zaczynamy doliną Karakol, następnie pokonujemy ponad kilometr przewyższenia i docieramy w okolice zamarzniętego jeziora. Stamtąd kolejne 200 metrów do góry i możemy podziwiać panoramę okolicy z przełęczy ponad 3000 m n.p.m. Pogoda znowu robi nam psikusy… średnio co pól godziny zmienia się z uciążliwego słońca na intensywną śnieżycę i odwrotnie. Często błądzimy szukając właściwej drogi. Mnie nachodzi refleksja na temat sensu tego co robimy. Zastanawiam się co odpowiada za to, iż mimo tego że jest  tak zimno i jesteśmy zmęczeni po ponad 10 godzinach marszu tak bardzo kochamy te góry. Próbuję zrozumieć dlaczego zamiast siedzieć na dole i pić zimne piwko my jesteśmy szczęśliwi, że jesteśmy tutaj. I chyba wiem… bo tylko góry dają prawdziwą wolność. Tutaj nikt niczego nie musi udowadniać. Wędrując poznajesz swoje ciało, swoją psychikę i wreszcie swoje możliwości. Masz czas pomyśleć i na chwilę się zatrzymać. W gruncie rzeczy robiąc to samo za każdym razem robisz coś innego. Nawet ta sama trasa pokonywana kilkakrotnie za każdym razem w jakiś sposób się różni. Tu każdego dnia czegoś się uczysz a mimo to w obliczu potęgi natury wciąż jesteś bardzo słaby i taaaki malutki.

DSC_0389x

DSC_0394x

DSC_0379x

      Żeby zejść z przełęczy musimy przejść do kolejnego żlebu, ponieważ na tym właściwym wiszą dwa niebezpieczne seraki. Schodzimy zatem kilkaset metrów stromym piargiem. Na dole szukamy miejsca na biwak, gdzie przeżywamy najzimniejszą noc w namiocie jaką pamiętam (dowiedziałam się przy okazji, że soczewki kontaktowe zamarzają). Ponieważ jest pełnia  ja całą noc czuwam, a z zimna bez przerwy dostaję skurczów mięśni. Jak się okazuje nie tylko ja. Wszyscy za to myślimy o gorących źródłach, które czekają na nas następnego dnia. Trekking zaczynamy zaraz po wschodzie słońca, schodzimy w dół doliny, przeprawiamy się przez rzekę (mosty w Kirgistanie są zbyteczne) i  jeszcze przed południem relaksujemy się w gorących źródłach.

DSC_0346x

   Następnego dnia ruszamy w stronę granicy z Kazachstanem. Wybieramy oczywiście mniej uczęszczaną trasę, która okazuje się naprawdę mało popularna. Pokonanie 70 km do granicy zajmuje nam prawie cały dzień, a stan drogi pozostawia wiele do życzenia. Dwie godziny zajmuje nam przejście do Kazachstanu, a ponieważ oprócz nas nie ma tam nikogo więc nikt się specjalnie nie spieszy.

- Dużo tutaj macie turystów? – pytamy

- No czasem się zdarzają… samochodami, na motorach, a nawet była dwójka na rowerze, ale na piechotę to tylko wy!

      Po miłej konwersacji celnicy łapią nam stopa do Kegen, ale to już całkiem inna historia….

DSC_0348x

DSC_0007x

     Jakie mamy wrażenia po Kirgistanie? W gruncie rzeczy to bardzo piękny i zróżnicowany kraj ale wygląda na to, że od czasu zniesienia wiz wiele się tu zmieniło i to niekoniecznie na dobre. Czasem turystyka zmienia mentalność ludzi w nie do końca dobrym kierunku. W popularnych regionach Kirgistanu coraz trudniej spotkać przejaw bezinteresownej życzliwości czy gościnności. Zdarzają się oczywiście wyjątki (których również mieliśmy okazję doświadczyć) ale niestety ostatnimi czasy większości Kirgizów turysta kojarzy się jednoznacznie z możliwością zarobienia pieniędzy.  I byłoby to zrozumiałe ale pretensjonalny sposób w jaki oczekują zapłaty za każdą, nawet najdrobniejszą rzecz (jak np.; pozwolenie na zrobienie zdjęcia czy wskazanie drogi) bywa po prostu irytujący. Wierzymy jednak, że to się zmieni!

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe

Armenia/Karabach

                                                Part I. W objęciach nie/świętej magii

DSC_0516x

DSC_0104x

DSC_0093x

DSC_0978x

DSC_0614x

DSC_1012x

DSC_0989x

       Przekraczam granicę Iranu i opuszcza mnie dziwne klaustrofobiczne uczucie. Jak gdyby granica dwóch państw była również granicą dzielącą dwa różne światy; dwie religie, dwa systemy polityczne, a nawet odmienne myślenie żyjących w nich ludzi. Uderza mnie cisza… i panujący wokół spokój.  Perskie szlaczki zmieniły się w kolejny niezrozumiały dla mnie alfabet, mijam opuszczone budynki, zniszczoną stację benzynową i porzucone wraki samochodów ale w głębi duszy już wiem, że to miejsce mi się podoba. Z każdym kilometrem robi się coraz bardziej zielono i coraz bardziej magicznie. Powietrze staje się ciężkie, ciemne chmury zasłaniają niebo zwiastując nadchodzącą burzę. Wszystko przesycone jest mistyczną energią. Późne popołudnie spędzam w środku lasu w ruinach kilkusetletniego monastyru Kościoła Gregoriańskiego.  I dowiaduję się, że Armenia jest jednym z pierwszych państw, które oficjalnie przyjęło chrześcijaństwo ale również że ta sama religia miewa czasem różne oblicza. Chwilę później dochodzę do wniosku, że chyba mam drobny problem z  określeniem się w  konkretnej wierze. Najbardziej odpowiada mi koncepcja szwedzkiego stołu, zgodnie z którą z każdej religii możemy wybrać pewne odpowiadające nam idee.  I nagle staję się czarownicą. Nie uznaję bowiem wyższości jednych religii nad drugimi ani definiowania wiary poprzez miejsce urodzenia. Spotykam przecież dobrych i złych muzułmanów podobnie jak dobrych i złych  chrześcijan. W rzeczywistości zgadzam się jednocześnie z filozofią buddystów, że Bóg jest stanem umysłu jak i pogańsko/viccańską koncepcją energii żywiołów i Ziemi. A potem dotykam starych murów, w miejscu gdzie wszystko się łączy i skąd bierze swój początek. I nie ma dla mnie znaczenia czy jest to Kościół, meczet, cerkiew, buddyjski klasztor czy świątynia małp skoro wszystko służy do tego samego celu i jest wypełnione taką samą energią. Modlitwa jest medytacją zachodu a medytacja modlitwą wschodu i obie te formy oznaczają to samo co cała tajemnicza magia. Po prostu wypowiedz zaklęcie i poczekaj aż się spełni. Uzdrawiające napary czy naturalne trucizny, poświęcanie czegoś w imię wyższego celu czy w celu szkodzenia komuś… wszystko jest względne i zależy od intencji. Kosmos jest energią i my jesteśmy energią. Buduje nas to czym się otaczamy i otrzymujemy w zamian to co tworzymy. Taka minimalna równowaga wszechświata. Jaka jest zatem Armenia? Tajemnicza i niezbadana. To kraj, który wciąż liże rany po niedawno toczącej się wojnie. Widmowe miasta, opuszczone zabytki, których nikt nie pilnuje, ołtarze ze śladami zwierzęcej krwi i porozwieszane wszędzie `ochronne talizmany ze szczątków ofiar, a także niezwykłe klasztory i zagubione groby sprzed setek lat a wszystko w otoczeniu dzikiej i nieskażonej przyrody. Jedne z nielicznych miejsc, w których człowiek czuje się jednocześnie tak wielki i tak mały. I jakie rzucam zaklęcie wyjeżdżając….? JESZCZE TU WRÓCIĆ!

DSC_0663x

DSC_0723x

DSC_0970x

DSC_1027x

DSC_1034x

IMGP3950x

DSC_0016x

                                               Part II. Tu jest Armenia i tu się pije!

     Po sześciu tygodniach Irańskiej (prawie) suszy ruszamy dalej. Armenii nie uwzględnialiśmy w naszych planach… pewnie dlatego tak bardzo nam się podobała. Pierwszą czynność jaką wykonujemy po przekroczeniu granicy jest przebranie się w normalne, letnie rzeczy; tj. t-shirty, a moja chusta ląduje głęboko na dnie plecaka. Następne w kolejności jest znalezienie sklepu. Chyba jeszcze nigdy piwo nie smakowało nam tak dobrze, a że właścicielka sklepu zorganizowała nam stolik i przekąski… no cóż, Armenia nabija pierwsze punkty. Ktoś nam powiedział, że w tym kraju trudno jest podróżować na stopa… KŁAMAŁ! Po kilku minutach mamy już transport do następnego miasta a kierowcy po usłyszeniu skąd jedziemy, patrzą na nas z politowaniem i bez przerwy kupują nam piwo. Sami również nie odmawiają i po dwóch godzinach oraz czterech przystankach uzupełniających procentowe zapasy przejeżdżamy przez góry.

- U was to normalne, że pijecie i jedziecie?

- Tu jest Armenia… tu każdy pije!

- A policja was nie zatrzymuje?

- Eeee nie. Musieliby wszystkich zamknąć. Oni wiedzą kto pije za dużo!

DSC_0002x

DSC_0461x

DSC_0507x

DSC_0509x

DSC_0522x

DSC_0538x

DSC_0547x

     Około 17 meldujemy się w miejscowości Kapan. Spotykamy się z Borysem, który zabiera nas na wycieczkę po okolicznych atrakcjach. Siedząc na przepięknej polanie w otoczeniu niesamowitych gór porośniętych gęstym lasem wpadamy na jak nam się wydaje genialny pomysł:

- Idealne miejsce na biwak. Dzisiaj zostajemy tutaj!

- Na co Borys: Poważnie? Tu są przecież niedźwiedzie!

- Damy radę, nie mamy jedzenia to nie powinny nas niepokoić

- Są też wilki!

- Rozpalimy ognisko to raczej nie podejdą

- No jak chcecie… ale tutejsze wilki są niebezpiecznie, potrafią zabić nawet konia czy krowę

- Zaryzykujemy

- No i są jeszcze szakale, węże i pumy

- No dobra Borys, wygrałeś… idziemy spać do Ciebie!

DSC_0679x

    Rano, przyjaciel Borysa podwozi nas do miejscowości Goris, skąd jedziemy na całodniową wycieczkę w celu zobaczenia mostu Khndzoresk. Jak się  okazuje nie tylko most okazuje się wyjątkowy, ale cała dolina z licznymi poukrywanymi jaskiniami, ruinami budynków i cmentarzami jest niebywałą atrakcją. Wieczorem udaje nam się dotrzeć do słynnego monastyru Tatev. I tu kolejne zaskoczenie, bo miejsce szeroko rozpowszechnione, opisane nawet w przewodniku Lonely Planet i o dziwo nie ma ani turystów, ani biletów wstępu, ani nawet nikt nie proponuje nam oprowadzenia. Chwilę przed burzą znajdujemy miejsce na nocleg w okolicznej gospodzie. Plusem jest darmowe wi-fi z okolicznej stacji kolejki i przepyszne jedzeniem. Przypadkowo spotykamy też innych ludzi będących w podobnej do naszej podróży: parę Słowaków, którzy od 10 miesięcy przemierzają kontynent azjatycki, chińskiego dziennikarza od 6 lat zwiedzającego świat, anglika jadącego na rowerze do Mongolii i Hiszpana zmierzającego do Indii, również na rowerze. Do późnych godzin nocnych wymieniamy wzajemne historie i doświadczenia, wypijając morze lokalnego wina.

DSC_0571x

DSC_0669x

DSC_0685x

    Bladym świtem, czyli około godziny 13, każdy zakłada plecak i rusza w swoim kierunku. My plus Shangjun postanawiamy poczuć się jak Indiana Jones i odkryć znajdujące się gdzieś w okolicy ruiny kolejnego klasztoru. Błądzimy po lasach cały dzień i kiedy zamiast monastyru odnajdujemy wodospad zaczynamy wątpić w powodzenie naszej misji. Na szczęście kilka godzin później docieramy do upragnionego celu. Sceneria jest iście filmowa, toteż zostajemy tam na noc. Deszcz zmusza nas do rozbicia namiotów na ganku upiornego budynku, więc robimy co możemy żeby nie rozzłościć mieszkających tam duchów. I tylko zawodzenie szakali gdzieś w pobliżu a potem przerażające wycie wilków pobudza wyobraźnię i daje do myślenia. Następnego dnia przeprawiamy się przez rzekę, odwiedzamy Satan’s bridge i wjeżdżamy do Karabachu, czyli teoretycznie suwerennego państwa, nieuznawanego jednak przez żaden kraj na świecie.

DSC_0687x

DSC_0705x

DSC_0746x

DSC_0760x

DSC_0827x

DSC_0832x

IMGP4013x

    Jeszcze tego samego dnia w Stepanakert, czyli w stolicy regionu dostajemy dziesięciodniową wizę. W naszych głowach już rodzi się plan zobaczenia monastyrów Górnego Karabachu a także dostania się do neutralnej strefy, pełnej opuszczonych wiosek i miast. Plan drugi niestety szybko okazuje się niewykonalny:

-  Da się tam wjechać?

- Teoretycznie tak, ale jest to nielegalne. Na wjazd do tej strefy musicie mieć specjalne pozwolenie ale raczej nie ma szans żebyście je dostali. Możecie spróbować komuś zapłacić, żeby was tam zabrał.

- A co jeżeli nas złapią?

- W najlepszym razie was cofną i dostaniecie karę

- A w najgorszym razie?

- No gorzej jak was nie cofną, bo cały teren jest zaminowany, więc nie ma możliwości zjechania nawet odrobinę z głównej drogi. Poza tym jak traficie na Azerskich snajperów to was zastrzelą. To w dalszym ciągu jest strefa konfliktu a wasza obecność będzie traktowana jako nielegalne naruszenie terytorium Azerbejdżanu.

- Hmm… czyli generalnie nie ma możliwości, żeby tam wjechać?

- Bezpiecznie? Nie

    I to był moment, w którym zdecydowaliśmy że trzeba ten plan porzucić, bo stawka jest zdecydowanie za wysoka. Ale monastyry takie jak Dadivank  czy  Gandzasar zobaczyliśmy. Lepiej, bo w niektórych nawet mieliśmy możliwość przenocować. I spotkaliśmy wspaniałych ludzi, u których zaznaliśmy armeńskiej gościnności, tj; jedliśmy świeże ryby, próbowaliśmy miodu z pasieki naszego gospodarza, piliśmy najlepszy na świecie sok jeżynowy i dużo…. dużo domowej cza-czy/wina. I przeżyliśmy jeżdżąc po górskich trasach, prawie off-roadowych z pijanymi kierowcami za kółkiem i nawet nie zjadły nas nawet w lesie niedźwiedzie. Nie dostaliśmy też zawału, kiedy trafialiśmy na porozwieszane wszędzie na drzewach głowy martwych zwierząt. I pokochaliśmy kraj, którego nie ma.

DSC_0868x

DSC_0874x

DSC_0882x

DSC_0898x

DSC_0906x

DSC_0909x

DSC_0913x

DSC_0916x

DSC_0920x

DSC_0947x

DSC_0951x

DSC_0988x

DSC_1004x

    Po wyjeździe z Karabachu zaplanowaliśmy nocleg na terenie starożytnego obserwatorium astronomicznego Zorat. Taka armeńska wersja Stonehenge. Wrażenia  niesamowite, bo pośrodku olbrzymiej doliny, otoczonej ze wszystkich stron potężnymi górami człowiek stworzył coś tak niezwykłego. No i my plus Shangjun, pośrodku tego niczego postanowiliśmy rozbić namioty. Rzecz jasna wiedzieliśmy, że ma się zmienić pogoda i że przewidywane są gwałtowne burze z wyładowaniami no ale nam przecież burza nie straszna. No to mieliśmy…. burzę stulecia. Przez siedem godzin siedzieliśmy w namiocie, pośrodku jakiegoś koszmarnego przewalającego się nad naszymi głowami frontu i zastanawialiśmy się czy najpierw zwieje nas huragan, zaleje powódź czy uderzy jedna z miliona błyskawic. W namiocie obok „Czin” walczył równie zaciekle a ponieważ miał namiot bez tropiku jedną ręką trzymał stelaż a drugą przy pomocy czapki wylewał wodę. Przetrwaliśmy!!! Zaraz po wschodzie słońca zwinęliśmy żagle i ruszyliśmy w kierunku jeziora Sewan, gdzie spędziliśmy kolejny uroczy dzień, odwiedzając rybacką wioskę, obserwując połów raków, pływając łódką a na koniec próbując przysmaków lokalnej kuchni.

DSC_1045x

DSC_1047x

DSC_1061x

    Ostatnie dwa dni odpoczywaliśmy w okolicach Erywania a przy okazji odbyliśmy kolejną wycieczkę do znajdującego się niedaleko monastyru wykutego w skale. Podsumowując Armenia to jeden z nielicznych krajów w których można przez dwa tygodnie być pijanym i nie wydać na to ani grosza. I mają piękne góry!

DSC_0004x

DSC_0019x

DSC_0021x

DSC_0027x

DSC_0063x

DSC_0117x

DSC_0043x

DSC_1013x

   Następny etap: Kirgistan

Opublikowano Blog | Komentowanie nie jest możliwe